Opublikowano:

Pardada Pardadi

Ganges w Anupshahar wygląda jak zwykła duża, płytka, leniwa rzeka. Już bez swojej bezgranicznej świętości jak w Haridwarze czy Rishikeshu, za to z kąpiącymi się w niej krowami. Most nad nią jest długi, betonowy, ustawiony na ponad 30, też betonowych, słupach. Jedyną świętością, jaką dostrzegłem, był tłumek mężczyzn stojących tuż nad wodą, patrzących na niewielki stos kremacyjny. Był on tak niewielki, że musiało na nim płonąć dziecko. Grupa składała się z samych mężczyzn, bo w Indiach kobiety nie przychodzą na kremację. Według hinduskiej tradycji są na to za delikatne. Zbyt wrażliwe. Siedzą więc w domu, golą głowy i płaczą.

Inna świętość to trzy kadzidełka; ktoś wbił je w trawę na klifie, na którym przypadkowo usiadłem. Z dala od żałobników. Górowały nad niewielkim, wypalonym miejscem i zabarwioną na czerwono trawą. Woda już nie miała tego pięknego zielonkawego koloru jak w górach. Teraz miała jedynie barwę piachu. Była zwyczajna.

Świętość była tu jeszcze w ludziach, którzy zjechali z mostu, by się w Gangesie wykąpać. Starsi mężczyźni skrapiali sobie głowę wodą z Rzeki. Starsze kobiety całe zanurzały się w wodzie. Chwilę potem przebierały się w suche ubrania. Robiły to pod mostem lub schowane za samochodem. Młodzi jedynie myli twarz.
Wszyscy pili wodę Matki. Prosto z dłoni lub z butelki. Mętną, piaszczystą, świętą i uzdrawiającą wodę. Wodę najważniejszą ze wszystkich wód na świecie. Wiara czyni cuda i mało kto się tą wodą zatruwa. No chyba że turysta, któremu zrodził się w głowie szalony pomysł, że dla niego ta woda też jest święta. Ale w turyście jest za mało wiary. Nie przekazywano jej w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, więc im bliżej ujścia tej wody próbuje, tym bardziej po niej rzyga.

Płytka wiara nie czyni cudów.

Fajnie jest patrzeć na Hindusów zażywających takiej kąpieli. Nie zawsze są skupieni na tym, co robią, nie zawsze przeżywają jakąś religijną ekstazę, której my, turyści, od nich często oczekujemy. Chyba że są w Rishikeshu, Allahabadzie czy Benaresie. Tak, są na pielgrzymce, więc nakręcają w sobie tę ekstazę już od dłuższego czasu. Od wyjścia z domu lub nawet wcześniej. Jeśli chodzi o tych tutaj, zjeżdżających na chwilę i jakby przy okazji z mostu, ma się wrażenie, że robią to pomiędzy jedną piosenką dudniącą z samochodu a drugą.

Przede mną stał płot. Wysoki i solidny. I nagle brama. Tak samo wysoka i pewnie jeszcze bardziej solidna. I strażnik. I zeszyt, do którego musiałem wpisać swoje dane jako „Guest No. 22”. I identyfikator.
Nikt nie sprawdzał, czy wpisuję prawdę, ale ja jestem fajnym facetem i zawsze grzecznie wypełniam te wszystkie rubryczki. Chyba że muszę je wypełniać kilka razy dziennie i zaczyna mnie ponosić fantazja. Wtedy mieszkam przy Woronicza 17 albo przy Myśliwieckiej 3/5/7 i nazywam się jak jakiś dziennikarz radiowej Trójki. Ale nie robię tego ze złośliwości, tylko z nudów. Jestem kreatywny, choć zupełnie bez celu.
Mister Jose, którego w myślach nazywałem „Hose”, a nie „Żos”, bo wydawało mi się, że jest z Goa i ma portugalskie nazwisko, przywitał mnie serdecznie i wylewnie, kazał usiąść (w Indiach zawsze każą usiąść) i bardzo mnie przeprosił, ale musiał dokończyć jakąś niezwykle ważną rozmowę telefoniczną.
Dopiero po kilku minutach zaczął się cały rytuał.
— A dzień dobry!
— How are you?
— How was the road?
— Was it safe?
— Is scooty OK?
Ja, oczywiście, musiałem odpowiadać pełnymi zdaniami, jak w szkole. Bo przecież byliśmy w szkole. I to nie byle jakiej.
— A dlaczego pan to robi?
— A bo ja sam jestem nauczycielem i czasem trzeba coś zrobić.
I tyle wystarczyło, by traktować mnie nagle jak kuzyna. Wystarczy pojechać w świat i powiedzieć lokalnemu nauczycielowi, że też jesteś nauczycielem, i zostaje przełamana jakaś bariera. Dzieje się coś wyjątkowego. Pewnie lekarze mają tak samo, nie wiem, ale jestem pewien, że tak właśnie jest. Obaj pracujecie nad tym samym — by świat był lepszy. By ludziom żyło się lepiej. By mieli dobre życie i wybór. Bo to chyba o wybór chodzi. Chyba rzadko kiedy widać to tak wyraźnie jak w Indiach, że ten, kto nie ma szkoły, ten nie ma wyboru i robi w życiu to, co robi, czyli generalnie coś do dupy.
— Oh! What subject do you teach?
— Special needs.
— It means?
— Mentally disabled.
— Like retarded?
— Exactly. But we don’t say like that anymore.

Bum! Mister Jose umieścił mnie właśnie na mapie światowej siatki nauczycieli. Zaszeregował mnie jako kogoś ważnego lub nie i od razu przeszedł ze mną na ty. Choć bez „mister” się nie dało, bo tutaj „mister” jest jak część oddechu. Albo kropka. Bez tego zdanie jest niepełne. Nauczyciel to w Indiach wciąż święty człowiek. Może i zarabia gówniane pieniądze, ale brak szacunku do nauczyciela jest równy z brakiem szacunku do rodziców. Bo jak nie szanować ludzi, którzy zmieniają na lepsze życie innych?
W tym samym czasie daleko na południu Indii, w Malappuram, lekko ponad 2500 kilometrów stąd, Abdul Malik właśnie wrócił do domu. Przez lata był nikomu nieznanym nauczycielem, który sześć razy w tygodniu tracił półtorej godziny, by przejechać 12 kilometrów i dostać się do pracy. Robił to bez większego entuzjazmu, ciągle się spiesząc i często spóźniając. Głupie 12 kilometrów mogło być aż taką przeszkodą. Wszystko przez rzekę, która odcinała go od szkoły, ciągłe spóźnienia autobusów i odległy most.
Pewnego dnia Malik, zamiast żyć w tej autobusowej rutynie, kupił sobie motocyklową dętkę, dzięki której przepłynął rzekę stojącą mu na drodze. Od tego dnia codziennie oprócz niedziel, dokładnie o 9 rano, Abdul Malik jest zajęty przepływaniem niewielkiej rzeki. Jedną ręką trzyma foliową torbę z ubraniami, klapkami i drugim śniadaniem, a drugą odgarnia wodę, by przedostać się na przeciwległy brzeg. Wsuwa się do dętki po pachy i początkowo idzie po dnie, by nagle zacząć płynąć z prądem. Na drugim brzegu przebiera się w suchą koszulę i spodnie na kancik i po dziesięciominutowym spacerze jest już w szkole — u swoich uczniów w wiejskiej podstawówce.

Zaprowadzili mnie do dormitorium. Dostałem własny pokój w skrzydle dla nauczycieli, ale zanim wszedłem „do siebie”, 13-letnia Sonam (przedstawiła się od razu) zbombardowała mnie pytaniami. Nie żebym nie spodziewał się, że będzie inaczej, i żeby mi to jakoś przeszkadzało. Wiedziałem, że dzień się jeszcze nie skończył. Jose ostrzegał mnie, że zanim pójdę na ewentualny spacer („Bo kolację to zje pan oczywiście z nami, mister Robert”), wpadnie do mnie szef szefów — sam mister Singh.

W szkole wszędzie widać było dyscyplinę. Gdy szedłem po schodach, dzieci odsuwały się pod ścianę. Na korytarzu każdy, kto mnie zauważył, rzucał w moją stronę: „Good morning, sir”. Kto mnie akurat nie zauważył, słyszał to „dzień dobry”, szybko się odwracał i witał się tak jak inni. Jakoś wcale mnie to nie dziwiło. Nawet mi się podobało, bo nadawało wszystkiemu strukturę i porządek, a to były dziewczyny, którym brakowało i jednego, i drugiego. Dziewczyny ze świata, w którym żyły tylko od dziś do jutra. Ich życie, zanim tu przyszły, polegało na kombinowaniu czegoś do jedzenia i spaniu.
A tutaj panowały porządek, struktura i przewidywalność. Zbiórka, apel poranny, sprawdzanie obecności, zbiorowe mycie zębów, lekcje, drugie śniadanie, lekcje, wspólny obiad, znów lekcje, circle time, czyli coś jak godzina wychowawcza, i czas do domu. Autobusem lub własnym rowerem.
Sześć razy w tygodniu. Pewność śniadania i obiadu. Pewność porządku i przewidywalność. A zatem coś, co daje spokój.

Virendra Singh miał typowy bardzo twardy hinduski akcent. Choć przez 37 lat żył w Stanach, gdzie pełnił funkcję szefa w azjatyckiej sekcji korporacji DuPont, akcent przykleił mu się do podniebienia i został z nim na zawsze. Był ode mnie trochę wyższy, ale uśmiechy mieliśmy tak samo szerokie. Singh skrzyżował ręce na piersiach i powoli i wyraźnie zaczął mi opowiadać o największym osiągnięciu swojego 74-letniego życia. Osiągnięciu, na które poświęcił 15 lat i milion dolarów odłożonych na starość, ta jednak jakoś nie przychodziła.

Wszystko przez to, że pewnego dnia na pierwszej stronie „The New York Times” redaktor naczelny umieścił zdjęcie hinduskiego dziecka szukającego czegoś do jedzenia w stercie śmieci.
Singh rozpoczął swoją opowieść od uświadomienia mi, jak wiele miałem szczęścia, że urodziłem się w Polsce. Pomyślałem nawet, by zorganizować mu cykl objazdowych wykładów po moim kraju, aby uświadamiał moich rodaków, ale szybko stwierdziłem, że i tak nikt by mu nie uwierzył. Opowiadał o czymś, co nazywał accident of birth, czyli o przypadku, który rządzi naszymi narodzinami. O kraju, o czasie i o rodzicach, których nijak sobie nie wybieraliśmy, a którzy stworzyli nas takimi, jakimi jesteśmy.

— A teraz rozejrzyj się dookoła — powiedział. — Każda z tych dziewcząt miała pecha. Przypadek (accident of birth) sprawił, że urodziły się w rodzinach, w których matki kradną krowie łajno, by mieć czym palić, lub trawę, by nakarmić swoją krowę. Tu niby nikt nie ma pracy, a jednak nikt nie siedzi bezczynnie. Teraz to my jesteśmy ich matkami, ojcami, babciami i dziadkami. To my jesteśmy dla nich dobrym przykładem. Dlatego nazywamy się Pardada Pardadi — starożytna wiedza. Coś, na czym można zbudować nowe życie.
Zanim spotkałem Singha, czekałem w jednej z klas na grupę uczennic. Czekałem z niespodzianką. Nagle za moimi plecami rozległo się głośne Good morning, sir. To „dzień dobry” było bardzo szkolne i miało tak samo przeciągane samogłoski jak w każdej polskiej szkole, dlatego odruchowo się uśmiechnąłem. To było tak uniwersalne jak te wszystkie plansze z tabliczką mnożenia, które wisiały na każdej ścianie dookoła mnie.

Good morning — odpowiedziałem, ale dziewczyny wciąż stały w drzwiach.
Do we have permission to enter, sir? — spytały.
Oczywiście, że macie — odparłem i dopiero wtedy klasa zaczęła wypełniać się tłumem 10-latek, bo w tym kraju nauczyciela naprawdę traktuje się jak kolejnego rodzica, czasem jak boga. Prometeusza.
W sali nie było żadnych stolików ani krzeseł. Zamiast tego na środku leżał jedynie duży, cienki i już mocno zużyty kawałek wykładziny. Tak samo ciemnozielony jak szkolne mundurki dziewczyn. Uczennice szybko zdjęły buty, ustawiły je pod ścianą, po czym w równych rzędach, z wyćwiczoną precyzją, usiadły na dywanie. Patrzyły na tablicę, którą zdążyłem obkleić białym papierem. Pod tablicą stał taboret, na nim pomarańczowy projektor i mały laptop wyświetlające dwa niemal identyczne zdania w hindi. Znaczyły tyle co „Witamy w kinie. Za chwilę obejrzycie kreskówki z Polski. Mam nadzieję, że Wam się spodobają”, ale napisane były na dwa sposoby, bo koleżanka, która je pisała, choć była Hinduską, i to z samego Delhi, nie była pewna, które lepiej brzmi. To całe Delhi, stolica liczącego ponad miliard mieszkańców kraju, w której znajdowały się metro, uniwersytety i liczne kawiarnie, było oddalone od Anupshahar o jakieś 100 km. Tutaj, gdzie ledwie połowa kobiet umiała czytać i pisać, panowały wielka bieda i zacofanie. Na 1000 mężczyzn przypadało jedynie 821 dziewczyn, bo kto mógł, pozbywał się córek z domu. Te 100 kilometrów to tyle co z Warszawy do Płocka, z Poznania do Piły, czy ze Świerzawy do Rawicza, ale w znaczeniu cywilizacyjnym Delhi i Anupshahar znajdowały się w dwóch różnych wymiarach.

Tymczasem stałem lekko przejęty i zastanawiałem się, jak dziewczyny odbiorą tę moją niespodziankę, którą było… kino. Byłem na wakacjach, skuterem podążałem wzdłuż Gangesu, a przy okazji wyświetlałem Bolka i Lolka oraz Reksia. Wymyśliłem sobie to kino, by poza przeżywaniem frajdy z poznawania świata przylegającego do tej wielkiej rzeki zrobić coś dla dzieciaków. Tak po prostu. Dla ich i mojej zabawy. Bez głębszej filozofii. Nie spodziewałem się jednak, że dzięki temu odkryję nowe warstwy, z których zbudowane są Indie.

Jak opowiadał Singh, żeby dziewczyny mogły przyjść do szkoły, trzeba było najpierw przekupić rodziców. Trzeba było zapewnić dziewczynom jedzenie, ubranie, zeszyty, książki, miejsce w szkolnym autobusie lub rower. I 10 rupii dziennie za przyjście do szkoły. Plan wydawał się idealny, łapówka kusząca, a przyszłość świetlana. Ale bogaty biednego nie zrozumie pod żadną szerokością geograficzną i życie szybko skorygowało ten plan.
Poszło, jak zawsze i wszędzie, o pieniądze. (Dla przeciętnego turysty takie 10 rupii wydaje się sumą banalną, bo czymże jest wartość dwóch herbat kupionych na ulicy, ale dla indyjskiego biedaka to pół kilograma najtańszego ryżu. Kupa pieniędzy. Kwestia życia i śmierci).
Z pierwszych 45 dziewcząt kilka zrezygnowało ze szkoły już po paru dniach. Odebrały astronomiczną dla nich sumę kilkudziesięciu rupii i nie przyszły więcej do szkoły. Rowery, które dostały, by dojeżdżać do szkoły, sprzedali ich ojcowie lub bracia. Tylko 19 uczennic doczekało rozdania świadectw. Sam, bo tu wszyscy mówią na niego Sam, a nie Virendra, musiał szybko zmienić zasady „zarabiania” tych 10 rupii dziennie. Po pierwsze, pieniądze szły na konto. Po drugie, dziewczyny dostawały swoje pieniądze, gdy ukończyły szkołę. A po trzecie, każdy dzień nieusprawiedliwionej nieobecności kosztował 20 rupii, więc wagary zwyczajnie się nie opłacały.
Ale matki miały wciąż ważniejsze problemy niż edukacja ich córek. Zadawały wciąż i wciąż to samo pytanie: „Jeżeli nasze córki będą w szkole 10 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, 52 tygodnie w roku, to kiedy nauczą się kraść trawę dla naszych krów, kiedy nauczą się kraść krowie łajno do palenia w piecyku?”. I dodawały: „Panie Singh, pan nie rozumie, ale chodząc do tej pana szkoły, to one się niczego nie nauczą. Kto się z nimi ożeni?”. Sam Singh cierpliwie przekonywał — dyszka do dyszki tydzień po tygodniu i po tych 12 latach (i podwyżce do 15 rupii w starszych klasach) każdej z dziewcząt powinno uzbierać się ponad 35 tysięcy rupii. W sam raz na wesele.

„I proszę się nie martwić”, argumentował dalej, „pieniądze i tak nie przepadną, bo widzi pani, mamy w naszej szkole na dzień dzisiejszy 1300 dziewcząt. Karmimy je 3 razy dziennie przez 6 dni w tygodniu, więc z cateringiem powinniśmy sobie poradzić. Przyjmie pani wszystkich gości i nadal nie wyda ani rupii”. I jak mówił, patrząc mi w oczy, te dwa argumenty zawsze do matek przemawiają: pieniądze na posag i prezenty oraz darmowa impreza. Wtedy matki zaczynają przysyłać swoje córki do szkoły.
„Ale nam chodziło oczywiście o coś więcej”, dodawał Singh, „i najpierw, co oczywiste, dziewczyny uczyły się głównie szycia. Potem, po kilku miesiącach, zamienialiśmy im 2 godziny pracy na naukę angielskiego i tym podobne. Po kolejnych paru miesiącach były to już 4 godziny, a później całe 8 godzin. A do szycia zaprosiliśmy ich matki, ciotki i starsze siostry”.

Singh nie był przecież naiwny. Nie próbował robić z uczennic szwaczek bez nadziei na coś większego. Bez przyszłości. Lubił powtarzać, że do wszystkiego podchodzi z biznesowym zacięciem, bo wierzy, że tylko biznesowy model szkoły da tym dziewczynom coś więcej niż samą edukację. Nie chciał, by po kilku latach spędzonych w szkole umiały jedynie pisać i czytać i by wróciły do swojego poprzedniego życia wyposażone w bezużyteczną wiedzę. Bo niby po co żebrakowi algebra?
Słuchałem tego jak zaczarowany. Singh opowiadał mi o ludzkich lękach, motywacjach, o nędzy i wyzwaniach związanych z codziennym głodem, a ja w pokoju obok puszczałem tym dziewczynom bajkę o Bolku i Lolku na pustyni Gobi. I sam już nie wiedziałem, czy to coś pożytecznego, czy może właśnie wspinam się na szczyty absurdu.

Singh opowiadał, jak otworzyli pierwsze sklepy, w których można kupić narzuty i poszewki szyte w szkolnych warsztatach. Opowiadał, jak zaczęli produkować i sprzedawać podpaski, gdy okazało się, że dużo dziewczyn nie przychodzi do szkoły, bo nie mają pieniędzy, by kupić podpaski w sklepie. Opowiadał o wszystkich wyzwaniach, które zawsze stoją przed szkołą, choć wszystko wydaje się takie piękne i idealnie zorganizowane.

Dookoła nas kręciły się dziewczyny w ciemnozielonych mundurkach, uszytych właśnie w szkolnych warsztatach. Wszystkie uczennice miały kruczoczarne włosy, co jest tu tak normalne, że w zasadzie nie ma o czym pisać, ale nie wszystkie miały je długie. Te z biedniejszych rodzin miały włosy ścięte na krótko, bo trudniej wtedy złapać wszy, no i łatwiej się uczesać. Ich oczy wydawały się wyjątkowo błyszczące. Ciemna skóra i czarne włosy kontrastowały mocno z tymi oczami, ale niektóre dziewczyny rysowały sobie co rano czarną kreskę dookoła oczu, tak zwany kadżal. Na ogół robiły to węglem ze spalonego patyka lub, coraz częściej, pastą z dużą zawartością ołowiu. U nas mówiło się kiedyś na to heroine make-up; tutaj jest to po prostu stara metoda ochrony przed demonami. Włażą one w człowieka przez oczy i takie poczernianie ma je odstraszać. Dla tych dziewczyn ulice, slumsy, codzienne życie poza szkołą pełne są różnych demonów, więc uważają na siebie bardziej. Krzyk, mały nożyk lub choćby kamień chronią tak samo dobrze jak czarna kreska. Bo czarna kreska jest na te niewidzialne demony, a wszystko inne na te mieszkające w namiocie obok lub z nimi. Na tej samej ulicy, w tym samym slumsie. To te dziewczyny stanowiły tę masę, którą dostrzega się wszędzie w Indiach. To one były tym obrazem biedy, syfu, żebraniny i wszystkiego, co zapada w pamięć niewprawnemu turyście z Zachodu. To o nich powstają filmy i mroczne książki. To obraz tych twarzy wielu pisarzy, pseudodziennikarzy i blogerów przedstawia światu jako obraz „prawdziwych Indii”. Tymczasem to tylko iluzja, widziana z okien taksówek i z tarasów restauracyjek, obserwowana podczas spacerów po slumsach. Świat jest bardziej skomplikowany niż wrażenia i przemyślenia naiwnych gości z Europy. Indie to coś więcej. To przede wszystkim żywy organizm, który podąża do przodu szybciej niż pociąg, z którego je widać.

Nagle cała sala obok wybuchnęła śmiechem i wiedziałem, że jest dobrze. Bolek stał właśnie obok wielkiego jaja dinozaura i wycierał lupę o spodnie, kręcąc pośladkami. Ta scena zawsze wywoływała salwy śmiechu. Bez względu na miejsce. Pomyślałem, że to wszystko, ta cała moja „misja”, ma jednak jakiś sens. Ten śmiech Hindusów był tym, co im przywiozłem w prezencie. Ta chwila beztroski. A Singh opowiadał dalej. Nie przerwał swojej opowieści ani na chwilę. To tylko ja uciekłem gdzieś myślami.
Musiałem mu znów przerwać. Nie, nie miałem nic mądrzejszego do powiedzenia. Zwyczajnie musiałem pobiec do klasy i włączyć kolejny odcinek Bolka i Lolka. Obserwowałem wpatrzone w kreskówkę z drugiego końca świata oczy, które poruszały się w tym samym rytmie. Wyglądało to tak, jakby film oglądał jeden wielki organizm, i pomyślałem, że całe to moje kino było fajnym pomysłem. Mogłem tu stać i patrzeć na coś, co miało sens, i przy okazji poznać szkołę, do której pewnie nigdy bym nie trafił, której nigdy bym nie odkrył. Siedziałbym na ghatach w Benares czy piłbym jakiś soczek w German Bakery w Rishikeshu i niczego bym się nie nauczył. I tak — poczułem się z tym dobrze. Jeszcze nie wiedziałem, że rano skuter nie odpali. Że popsuje się po raz drugi i stanie się dla mnie jasne, że wszyscy moi indyjscy kumple mieli rację, mówiąc, że na skuterze, używanej hondzie activie, nie uda mi się dojechać do Kalkuty. Jedynym Hindusem, który uparcie twierdził, że przejadę te 3000 km bez problemu, był oczywiście sprzedawca mojego skutera.
W tym samym momencie mała małpka, prezent od marynarza występującego na początku odcinka, wskoczyła Bolkowi po raz kolejny na plecy i nauczycielowi siedzącemu na parapecie z tyłu klasy wyrwał się wreszcie śmiech. Tłumił go chłopina już od co najmniej dwóch odcinków. Zasłaniał twarz, udawał, że się nudzi, ale wreszcie się zdradził. I właśnie wtedy większość dziewczynek odwróciła się w jego stronę. Patrzyły z niedowierzaniem i szczerym zdziwieniem. W Indiach mówi się, że nauczyciel jest ważniejszy od boga. Bóg cię stworzył raz i na tym jego dzieło się skończyło. A nauczyciel stwarza cię co dzień na nowo.

Mister teacher wcale nie miał srogiej i poważnej miny jak zawsze.
Mister teacher śmiał się jak dziecko.

 

***

Fragment pochodzi z książki Tuk Tuk Cinema

Opublikowano:

Ile trzeba skopiować by był to już plagiat?

Trafiłem kiedyś na reportaż Marcina Gienieczki o Pamirze. Koleżanka zwróciła mi na coś uwagę … ale o tym za chwilę

Od tamtego czasu dręczy mnie pytanie czym jest plagiat i kiedy się zaczyna?

Nie, nie mówię tu o rzeczach tak oczywistych jak przepisywanie całych stron i akapitów, ale o drobnych, niekiedy pięknych zdaniach?

Czy pisząc „Indie, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” muszę dopisać, że „jak powiedział by Mickiewicz” czy to tak oczywista parafraza, że każdy ją rozpozna?

Czy pisząc „Murgob z sześcioma tysiącami mieszkańców był dziurą na skrzyżowaniu nierównej żwirówki zwanej Pamir Highway” w swoim tekście o Pamirze, kopiując słowo w słowo ze Stasiuka, zmieniając jedynie jego „wyboistej” na moje „nierównej” to już plagiat?

Nie wiem, nie znam się na prawie, ale znam się na pisarskiej moralności i wiem też jak czasami trudno pozbyć się czyjegoś pięknego zdania z głowy.

Czy zatem, Marcin Gienieczko, opisując swój przejazd przez Pamir w 2008 roku, przepisując kilka zdań z Kapuścińskiego zrobił coś nie tak?

kapuscinski-gienieczko1

Marcin Gienieczko usunął już ten wpis, ale od czego jest Internet Archive:

https://web.archive.org/web/20160914073615/http://www.gienieczko.pl/reportaz/?id=7

kapuscinski-gienieczko2

Czy jest to plagiat, czy jest to za mało? Jeśli tak nie jest – to co to jest?

Bo ja czuję, że wiem, ale …

Opublikowano:

Kabrestan-e Lachestan

Polski cmentarz, leży przy drodze nr 94 „Anzali – Rezvanshahr”, w centrum miasta, obok ronda, na przeciw restauracji Kababie Baraan. Za wysokim, białym murem, pod którym postawiono kilka ławek dla spacerowiczów.
Ale polski turysta nie musi tego wiedzieć. Polskiemu turyście wystarczy, że zatrzyma taksówkę i powie kabrestan-e Lachestan a każdy kierowca będzie już wiedział dokąd jechać.

Główna brama będzie zamknięta, ale po lewej stronie, na końcu muru, jest i furtka i domofon. Za furtką mieszka Derus, opiekun. Człowiek, który kosi tu trawę i zamiata sosnowe igły.
Człowiek, który Was tu wpuści i pewnie poprosi o kilka dodatkowych groszy za swoją pracę.
Nie, Derus nie mówi po angielsku czy polsku. Derus mówi po persku i azersku, ale potrafi ruchem ręki pokazać cmentarz, siebie a jednoznacznym gestem – koszenie trawy.

Turysta znajdzie tu niemal 700 grobów. Skromnych, betonowych nagrobków. Bez chryzantem, bez świeczek. Ustawionych w równych, wojskowych szeregach. Grobów strzelców, kaprali, kilku letnich dzieci i młodych kobiet. Znajdzie tu grobową ciszę.

Ale skąd wzięło się tutaj prawie 700 polskich grobów?

To proste. Była wojna. A my byliśmy uchodźcami.
Od kwietnia do czerwca 1942 roku, przypłynęło tu ponad 100 tysięcy naszych. Anzali było gotowe na kilka tysięcy tygodniowo. Przypływało ich kilka tysięcy dziennie.
Anzali było gotowe na żołnierzy. Generał Anders ładował na statki kogo się tylko dało.
Zjeżdżali się pociągami do Krasnowodzka czyli dzisiejszego Turkmenbasza. Wypływali na morze statkami i barkami. Wypełniali sobą każdą przestrzeń. Cały pokład. Od burty do burty. Zatłoczone były prześwity wentylacyjne, łodzie i luki pod łodziami ratunkowymi, nie mówiąc już o każdym zakamarku pod pokładem a nawet maszynownie.
Morze, było wciąż bezpieczniejsze niż ląd. Po prostu.

„Na środku statku była ubikacja, do której ustawiała się bardzo długa kolejka. Jeżeli ktoś z niej wychodził to od razu stawał na jej końcu. Osoby, które nie miały sił załatwiały swoje potrzeby wprost z krawędzi statku.”

I to właśnie dlatego tyle dzieci i starców wypadło za burtę.
Na zawsze.

Dumałem nad tym wszystkim popijając herbatę i podjadając irańskie haribo i całkiem dobre czekoladki. Obok nas, po naszej lewej, stał Hotel Dolphin. Mniej więcej tutaj kończyły się obóz 3 i obóz 4.
Na plaży pełnej śmieci, zielonych glonów i muszelek (które co biedniejsi ludzie zbierają jako dodatek do paszy dla kur) irańskie rodziny spacerowały zadowolone z życia i wolnego dnia. Młodzi robili sobie selfi a co odważniejsze dziewczyny wchodziły do wody po kolana, nielegalnie je odsłaniając.
Próbowałem sobie wyobrazić 3 kilometrowy obóz, który zbudowano na szybko na plaży. Obóz w którym ludzie spali na piasku przykryci kocami i umierali nie tylko z powodu malarii, wyczerpania i wszelkich chorób, ale także z przejedzenia.

cmentarz-anzali-02

cmentarz-anzali-03

cmentarz-anzali-04

cmentarz-anzali-05

cmentarz-anzali-06

Opublikowano:

Uśmiechnięte oczy Syryjczyka

Nie, nie jestem jakimś „lewackim przyjacielem muzułmanów”. Nie jestem ksenofilem, nie jestem nawet pewien o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. Nie wiem dlaczego wielkie kraje Półwyspu Arabskiego nie pomagają Syryjczykom. Nie wiem nawet ilu, spośród tych tłumów widzianych w telewizji to Syryjczycy. Wiem za to, że lubię ludzi, których da się lubić, a brzydzę się tymi, którymi trzeba. Bez względu na rasę, religię i ilość przypraw w herbacie.
Ale opowiem Wam historię o ludziach, o których ostatnio wszyscy mają jakieś zdanie. Większość z nich, nie znając ani jednego osobiście.
I nie, nikogo do niczego nie przekonuję.

 

Próbowaliśmy wyjść z domu Ibrachima od kilkunastu minut, ale trudno było tak po prostu nie dopić herbaty, wstać i wyjść. Można było oczywiście szybko odstawić pustą szklankę i grzecznie powiedzieć „Do widzenia”, ale Ibrachim był szybszy niż to nasze dopijanie. Gdy tylko któraś szklanka zrobiła się pusta, szybkim, zwinnym ruchem dolewał czarnego czaju z metalowego czajnika. Tym bardziej, że oprócz jego matki, żony, wujka i gromadki dzieci siedzieli z nami jego kumple. Co najmniej ośmiu. Każdy rozmowny. Uśmiechnięty. Nie zwracający uwagi na takie drobiazgi jak upał czy brak wspólnego języka w gębie.
Szklanki były niewielkie, z grubego szkła i co chwilę, znów pełne.
Na koniec, już spakowani, z rowerami pod sobą dowiedzieliśmy się, że zanim wyjedziemy musimy jeszcze odwiedzić rodziny jego kolegów. Tych samych ośmiu, którzy pili z nami herbatę.
– Ale my musimy jechać dalej – tłumaczyliśmy się głupio.
– A daleko do tych Chin? – Zapytał Ibrachim
– No, tak jeszcze z sześć miesięcy drogi.
– No to powodzenia i nigdzie się nie zatrzymujcie!

I nie zatrzymywaliśmy się wcale, ale tylko do następnej wsi, gdzie starszy pan, w wyjątkowo grubych okularach, zwyczajnie kazał nam się zatrzymać i napić z nim kawy.

Była wiosna 2010 roku a my byliśmy w drodze do Chin. Na ulicach syryjskich miast i wiosek plakaty i murale przypominały wszystkim kto rządzi tym krajem. Z każdego niemal samochodu spoglądał na nas portret prezydenta Assada. Niewielka, czarno biała nakleja wąsatego prezydenta w dużych, przeciwsłonecznych, lotniczych okularach spoglądała na nas z większości samochodów. Po kilku dniach, taka sama, pojawiła się na torbie na kierownice naszego angielskiego kumpla. Nakleił ją od strony roweru, bo jak sam stwierdził, nigdy nie było wiadomo kogo się spotka. Wszystko miało być tylko etapem na Jedwabnym Szlaku. Mieliśmy przejechać przez ten kraj, zobaczyć zabytki, najeść się smakołyków i pojechać dalej. Nikt nam przecież nie mówił, że z Arabami nie będzie tak łatwo. Że ciągle będą nas wciągać w rozmowy, karmić i przekonywać, że „dziś już za gorąco” żebyśmy jechali dalej.

Kawa mogła być powodem by przybiegł do nas nauczyciel angielskiego, w dodatku dyrektor szkoły i spędzić z nami „tylko pół godzinki” zostawiając szkołę samą sobie a lekcję wciskając komuś jako zastępstwo. Musieliśmy nauczyć się dziękować, wstawać i jechać dalej bez oglądania się za siebie. Gdybyśmy machali za długo na pożegnanie, nasze serca pewnie by miękły od tych ich spojrzeń i zaproszeń i pewnie musieli byśmy zostać na kolejną szklankę herbaty i nigdy do tych Chin byśmy nie dojechali.
Innym znów razem, chcieliśmy tylko rozbić namiot, ugotować coś szybko, iść spać i uciekać z samego rana. Mieliśmy plan, który (powinniśmy wiedzieć!) nie miał najmniejszych szans na powodzenie. Zamiast gotowania było zaproszenie na obiad. Zamiast szybkiej ucieczki w sen była kolacja rodzinna na „ośmiu braci z synami, ale bez żon”. Było rysowanie drzew genealogicznych i tłumaczenie kto jest bratem z której matki i ile kto ma dzieci. Drzewo rosło niczym matematyczny graf, ale brakowało mu rozgałęzień przy siostrach. Zwyczajnie, nikt nie wiedział co się z nimi działo po ślubie. Ile mają dzieci i którą żoną przyszło im być w nowej rodzinie.

Arabowie świetnie bawili się przy herbacie i papierosach. Ciekawe jak by się bawili gdyby jeszcze dostali po lampce wina.
– A ty ile masz żon? – zapytał wesołek
– Jedną – odpowiedziałem.
– A widzisz! My możemy mieć i cztery – odpowiedział dumnie i szybko przetłumaczył reszcie braci.
– Wiesz, powiedziałem uśmiechnięty. Tylko jedna żona to tylko jeden problem.
– Salwa śmiechu, która wtedy nastąpiła zdradziła mi tylko, że każdy z nich mówił coś po angielsku, ale nie każdy miał odwagę się odezwać.
Raz nie doceniliśmy gościnności i doprowadziliśmy niemal do wiejskiego incydentu. Było to właśnie wtedy, gdy policja od eskortowała nas na noc do swojego kumpla. Nam było bez różnicy czy będziemy spać na pustyni czy u kogoś pod domem, ale policjanci szybko nam wytłumaczyli, że jeżeli na pustyni, to oni muszą spać obok, w samochodzie, a jeżeli u ich znajomego, to on się nami zaopiekuje, a oni pojadą do domu.
Postanowiliśmy być dla nich mili a nocleg na pustyni zostawiliśmy sobie na inny raz.
We wsi, ten ich kolega, miał dom przy samej drodze. Nie wiedząc do końca co czynimy, poszliśmy pod najdalszy dom i tam, ku zdziwieniu wszystkich, rozbiliśmy namioty. Hadży Ismail, nasz najbliższy sąsiad, przyniósł nam kilka dywaników byśmy nie musieli siedzieć na ziemi, a policyjny kolega przyszedł nas przekonywać o naszym strasznym błędzie.
Nie pomagało tłumaczenie, że Ismail nie zna angielskiego, ani że Ismail nie ma „przepływowego ekspresu do kawy z Niemiec”. Ostatecznie, ten Policyjny Kolega się poddał. Obiecał na odchodnym, że policja już za nami nie będzie jeździła i że wcale się nie obraził. Nam ulżyło, bo kilka minut wcześniej straszył nas, że obrażamy jego dom i rodzinę „śpiąc w namiocie tak daleko od jego domu”. Policja pojawiała się już tylko w postaci posterunków i nikt już za nami nie jechał. Nikt nie musiał się męczyć jadąc klimatyzowaną toyotą, 17 km/h w monotonnym krajobrazie.
Następnego dnia nadeszła pustynna mgła. Powietrze wypełniło się drobinami beżowego pyłu. Pył oblepiał kolejne kawałki naszych ubrań i zmarszczek na twarzy, a właściciel hotelu w którym przyszło nam spać prosił byśmy uważali na nowy dywan w pokoju i od razu szli pod prysznic. Najlepiej razem z sakwami.

Cała ta arabska gościnność, nie była tylko domeną zwykłych ludzi. Nawet policja miała swoje pięć minut choć wcale o nie prosiliśmy, ale przecież policji się nie odmawia. Zwłaszcza w kraju rządzonym twardą ręką. Pierwszy raz było to niewinne internowanie na posterunku niedaleko Homs.

Jechaliśmy wtedy leniwie przez jakąś wioskę, gdy na skraju drogi, obok jakiegoś urzędu (posterunku policji, którego nie rozpoznaliśmy bo niby jak), stanął facet w ciemnych okularach a’la Pan Prezydent i skórzanej kurtce i zaczął na nas machać. Zwyczajnie zatrzymalibyśmy się z nadzieją, że oto znów przyjdzie nam napić się kawy, ale akurat byliśmy opici po wizycie w poprzedniej wsi. Krótko mówiąc – zignorowaliśmy go i pojechaliśmy dalej machając przyjaźnie. Nagle, ten sam facet, pojawił się obok nas na motorze i kazał nam się zatrzymać. Dopóki nie powiedział nam, że jest z policji i MAMY JECHAĆ ZA NIM nie braliśmy go na poważnie.

Na posterunku opiliśmy się za to herbaty i to do granic możliwości, przesiedzieliśmy kilka godzin głupio pytając „ale o co chodzi”, po czym, jak zawsze z rozbrajającym uśmiechem, straszy pan – komendant, kazał nam przetłumaczyć, że wszystko jest ok i że możemy jechać. Czy zajechaliśmy gdzieś gdzie nie mogliśmy do końca przebywać, czy też drogą jechał ktoś kogo nie powinniśmy widzieć pozostanie dla nas tajemnicą.
Drugi raz, zanim policja okazała się policją a nie tylko jakimiś facetami śledzącymi nas na motorach wystraszyliśmy się na dobre. Gdy już wszystko się wyjaśniło pozwolili nam nawet rozbić namioty w miejskim parku i kazali, tak kazali, być gotowym do wyjazdu „najpóźniej o siódmej rano”. Trawa w parku było pięknie gęsta i miękka, ale zanim zasnęliśmy na dobre, policja, ale ta mundurowa kazała nam się zwijać bo ta nie mundurowa nie raczyła ich o nas poinformować.
O wszystkim wiedział co prawda jegomość, który parku pilnował, ale mundurowi nie widzieli sensu go o cokolwiek pytać.
Na szczęście my poprosiliśmy ich o to, a oni grzecznie posłuchali. Cieć potwierdził, oni przeprosili, my szybko zasnęliśmy, a o siódmej byliśmy już gotowi do wyjazdu. Eskorta też była.
A upał kleił nam się do opon. Musieliśmy zrobić codzienną przerwę na przetrwanie samego południa i tym razem wypadło na wiatę autobusową. Ulica była kompletnie pusta. Nikt nią nie jechał, nikt nie spacerował. Nawet z domów, tych grubościennych, bunkrowatych, obsadzonych niewielkimi topolami domów, nie dochodziły absolutnie żadne dźwięki. Było kompletnie pusto i kompletnie cicho. Właśnie w momencie, gdy wpadaliśmy w drzemkę, z domu na przeciwko przyszedł chłopak niosąc nam jakieś owoce, butelkę lodowatej wody i … jakby szkolną wersję Koranu. Po angielsku.
Owoce i woda była na teraz, a Koran na drogę. Miał być prezentem. Czymś do zabrania ze sobą i poczytania w trudnych chwilach.
Przynajmniej tak, bardzo płynną, choć łamaną angielszczyzną wytłumaczył nam to ten nastolatek.

Rowery kręciły jak szalone. Najlepiej o czwartej, piątej nad ranem, gdy było jeszcze chłodno. Wiał lekki wiaterek, który jeszcze nie przypominał podmuchów niczym z pieca, ruch samochodowy praktycznie nie istniał. Panowała cisza, wypełniana szumem opon i wyschniętych łańcuchów.

Pędziliśmy jak najszybciej umieliśmy, by połknąć jak najwięcej kilometrów do południa. Gdy brakowało nam wody ratowali nas kierowcy. Gdy przez dłuższy czas nie było kierowców – szukaliśmy wody w meczetach w mijanych wioskach.
Piękny to był czas choć krajobrazowo nudny. Wszystko co nas otaczało to beżowy żwir, ale dzięki temu można było skupić się na sobie. Przetrawić wszystkie spotkania. Wspomnieć kilku ludzi.
Gdy po wodę podjechaliśmy do obozu Beduinów, nie zdążyliśmy nawet dobrze zsiąść z rowerów gdy wysoki, wąsaty facet z piękną kefiją na głowie wręczał nam miseczkę z wodą. Opiliśmy się, napełniliśmy butelki i wciąż jeszcze nikt nie zdążył powiedzieć nawet słowa. No może poza assalam alejkum.

I nikt nie pytał o naszą religię ani o  kraj z którego pochodziliśmy.

Byliśmy na pustyni i wszyscy dobrze wiedzieli po co do nich zajechaliśmy. Przecież nie po to by porozmawiać o pogodzie. Albo historii sztuki. We wszelkich kontaktach nikt nie był jeszcze zniszczony pieniędzmi i wypatrywaniem turysty-portfela. Nie mógł bo i turystów nie było tu żadnych. Byliśmy co prawda my, ale my byliśmy tu gośćmi, których trzeba było nakarmić i wypytać o wszystko co możliwe. Na przykład o to co wiemy o sytuacji w Strefie Gazy, co nasza telewizja opowiada o wojnie i czy jest ktoś w Polsce, kto lubi Al Jazeerę.

Zakochuję się w świecie wcale nie dlatego, że ludzie których do siebie przyciągam są dla mnie mili i życzliwi. Wcale nie dlatego, że niektóre krajobrazy powalają mnie na kolana, ale za to co dzieje się we mnie.
Za uczucia jakie rodzą się wtedy w moim sercu.
Arabowie byli dla nas życzliwi, przemili, przyjaźni i wciąż i wciąż pomocni. Dla mnie najpiękniejsze było jednak to, że ja mogłem być dla nich dokładnie taki sam. Dawali mi przestrzeń, która mogłem wypełnić tym co we mnie najlepsze.
A przecież był to kraj Arabów. Mieli na nas napadać, mieli nas nienawidzić i nawracać na jedyną słuszną religię.
Zamiast tego poili nas herbatą, karmili, przygarniali pod dach i ciągle się uśmiechali.

I tylko ta zapadająca cisza, gdy tajniak wchodził do domu by się dowiedzieć dlaczego nie jedziemy dalej, była wstrętna. W swej naiwności, nawet przez myśl nam nie przeszło, że była to cisza przed ogromną burzą. Burzą tak ogromną, że miała nam się odbić czkawką w całej Europie i naszej Polsce.

Czytaj dalej Uśmiechnięte oczy Syryjczyka

Opublikowano:

Salam Iran czyli dlaczego trzeba jechać do Iranu

Tak się złożyło, że spośród wszystkich ludzi, których znam, a którzy w różnych powodów i w różnych czasach odwiedzili Iran nie poznałem jeszcze nikogo, kto nie lubił by tego kraju.

Oczywiście, że przez różne media przelewa się co jakiś czas fala różnych „newsów” o łamaniu prawach człowieka itp, ale życie nauczyło mnie by bardzo na takie wiadomości uważać. Zastanawiam się wtedy, jak do obrony praw człowieka ma się comiesięczne wpłacanie pieniędzy do ZUSu, albo różne kwoty wolne od podatku dla mnie i dla posłów. Pewnie też można by napisać o tym ciekawy artykuł.

Mało kto wie, że Iran miał kiedyś postępowy, demokratycznie wybrany rząd i mało kto wie, że obalił go Zachód (trzeba było nie nacjonalizować pól naftowych 😉 i to dzięki temu samemu Zachodowi na tronie zasiadł Szach Pahlavi. Mało kto wie, że po rewolucji islamskiej, nowy reżim stworzył pomoc socjalną, opiekę zdrowotną, pomoc doraźną (susze, powodzie, trzęsienia ziemi).  I przez to wszystko, sam czasem nie wiem co o tym wszystkim myśleć więc … nie myślę. Nie czytam wiadomości, nie słucham opinii i nie wierzę we wszystko co opowiada mi o Iranie TV.

IMG_4015 IMG_4040 IMG_4260 IMG_4309 IMG_4994 IMG_5774Wiem jednak jedno, podróżuję do Iranu od 1997 roku na różne sposoby. Kiedyś, gdy nie było to takie łatwe jak dziś, jeździłem tylko tranzytem, potem już na spokojnie, rowerem, przedłużając za każdym razem wizę by pobyć z Persami jeszcze chwilę dłużej.

Dlaczego? Z prostego powodu – dla fantastycznych Irańczyków. Dla ich gościnności, dla ich kultury osobistej, dla ich zabytków, dla pistacji marchewkowych lodów, dla ryżu z masłem, przepysznej herbaty, dla rozmów o życiu, kulturze, malarstwie i poezji. Dla rozmów o wielkiej niesprawiedliwości jaką jest postrzeganie ich jako Arabów (dla Persa to tak samo obraźliwe, jak dla Polaka „polskie obozy zagłady” czy niezręczne jak „zdrastwujtie” na dzień dobry, rzucone przez turystę). Iran jest krajem, który trzeba odwiedzić i samemu wyrobić sobie opinię. Poznać ludzi, napić się z nimi herbaty, pójść na piknik do parku.

Uwielbiam namawiać innych na wycieczkę do Persji. Na zwiedzanie i rozmowy. Uwielbiam ich powroty gdy witają się ze mną z wielkim uśmiechem i gorącym „dzięki, że mnie namówiłeś”. Uwielbiam pokazy slajdów, na których wciąż i wciąż powtarzają się te same uśmiechy, te same wspomnienia i to samo wrażenie medialnej niesprawiedliwości. Obrazu tworzonego na podstawie „elit politycznych”.

Ciekawe jaki byłby obraz Polaków, gdyby ktoś pisał o nas na podstawie naszych elit 😉

Ciekawe kto wtedy przyjechał by do Polski na wycieczkę 😉

Opublikowano:

250 tysięcy psów

O Indiach bardzo łatwo myśleć w ciemnych kolorach. Patrzeć na ten kraj, przez biedę, syf, upał, zapachy, tłum, smaki i jeszcze raz upał i biedę.

Łatwo też pojechać do Indii na wycieczkę, nawet taką kilku miesięczną i ogłaszać całemu światu „Czym są Indie!”. Dokonywać syntezy kraju, który się liznęło. Kraju w którym mieszka ponad miliard ludzi powiązanych ze sobą historią, tradycją, religią, układami rodzinnymi i finansowymi, kastami, językami, geografią, różnicami w krajobrazie i klimacie, podejściu do przyrody i miliardem innych, osobistych drobiazgów.

Nie wszystko jest tam mroczne, ciężkie i nieznośne. Pełno tam piękna, radości i wolności. Więcej niż kontrolowanej przez miliony urzędników Europie. Jest zielono, jest przyjaźnie, jest rodzinnie, smacznie (kwestia smaku oczywiście 😉 ) i nie raz i nie dwa – beztrosko.

Hindusi sami nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć czym jest ich kraj. Jak go zaszufladkować. Jak zdefiniować w prostych słowach. Każdy z nich ma na to swój sposób. Opowiada o wycinku tego organizmu jakim jest ten subkontynent znany w świecie jako Indie. Tygiel. Konglomerat różnic i przeciwności zmierzający od tysięcy lat w tym samym kierunku.

W żadnym innym kraju nie ma tylu NGO i gdyby ktoś wierzył, że Indie to tylko syf, bieda, hałas, upał i żebrzące dzieciaki, to niech sobie zobaczy ten film.

Tak, jest mroczny. Nawet bardzo, ale nakręcony by uczulić na czyjeś nieszczęście, a nie na kolejną sensację. Dla mnie był kompletnym zaskoczeniem bo niczego takiego nigdy w Indiach nie widziałem. Widocznie wciąż jeszcze mało wiem o tym kraju (choć myślę, że odrobina reżyserki i dobrego montażu stoi za tym filmem)

Opublikowano:

Piękne oczy Bin Ladena, czyli Pakistan przed „11 września”.

Było zimno. Cholernie zimno. Temperatura spadła do 5 stopni Celsjusza. Po wieczornym upale nie było śladu. Utrzymująca się w powietrzu wilgotność potęgowała jedynie uczucie chłodu. Czekałem, aż zagotuje się woda. Prymus szumiał na pustej ulicy w Gilgit. Kto to widział, żebym w Pakistanie sam musiał sobie robić herbatę? Przecież to nie do pomyślenia. No, ale co zrobić. Wszystko przez ten autobus. Zwyczajnie, ani się nie popsuł, ani nie złapał gumy. Po prostu dojechał na czas. Wydawało się to niemożliwe, ale naprawdę – przyjechał zgodnie z rozkładem. Nie po pakistańsku. Najpierw wyjechał o czasie z Rawalpindi, potem nie było żadnych kamiennych lawin, ani żadnych robót drogowych. I proszę, zamiast się uczciwie spóźnić o kilka godzin, przyjechał przed świtem. Jeszcze przed pierwszym wezwaniem muezina do modlitwy, przed otwarciem pierwszej knajpki i przed pobudką pierwszego chai wallah.

Cie­ka­wa jest geo­gra­fia świa­ta. Gra­ni­ce. Te umow­ne  – na mapie i te na­tu­ral­ne, ludz­kie, ple­mien­ne. Tylko o go­dzin­ę drogi do Gil­gi­tu znaj­du­je się̨ wy­jąt­ko­we miej­sce. W głę­bo­kiej do­li­nie, na prawo od drogi (jadąc na pół­noc) łączą się rzeki Gil­git i Indus. To wła­śnie tutaj spo­ty­ka­ją się trzy naj­wyż­sze łań­cu­chy gór­skie świa­ta. Hin­du­kusz, Ka­ra­ko­rum i Hi­ma­la­je.

Nie­po­zor­ne miej­sce, któ­re­go pew­nie nikt by nie za­uwa­żył, gdyby nie ta­bli­ca sto­ją­ca na skra­ju drogi. Ta­bli­ca z mapką oczy­wi­ście. Rzeka Gil­git jest tak głę­bo­ka i tak trud­na do po­ko­na­nia, że przez wieki po obu jej stro­nach żyły zu­peł­nie obce sobie ple­mio­na. Nie­mal na wy­cią­gnie­cie ręki czy ra­czej – na rzut ka­mie­niem. Po dru­giej stro­nie świa­ta. To do­pie­ro gra­ni­ca! Żadna tam linia na mapie. Gra­ni­ca re­al­na, z krwi i kości.

Brze­gi rzeki ob­sie­dli dża­la­ła­nie (ja­la­wan), czyli po­szu­ki­wa­cze złota. Sia­da­ją z drew­nia­ny­mi si­ta­mi wzdłuż rzeki i płu­czą złoto. Cały dzień moczą się w lo­do­wa­tej wo­dzie spły­wa­ją­cej z lo­dow­ców, ale za­ra­bia­ją nawet 150 zł dzien­nie. W Pa­ki­sta­nie to wię­cej niż ma­ją­tek!

Mia­sto Gil­git leży nad rzeką o tej samej na­zwie (choć w rze­czy­wi­sto­ści po­łu­dnio­wa czę­ść mia­sta leży już̇ nad Hunzą) i od wie­ków nie zmie­ni­ło swego cha­rak­te­ru. Tak jak w cza­sach Je­dwab­ne­go Szla­ku, tak i teraz Gil­git to wciąż małe mia­stecz­ko, brama Ka­ra­ko­rum, cen­trum han­dlo­we. Do­pie­ro od nie­daw­na to rów­nież ważne lot­ni­sko i baza woj­sko­wa.

Dzi­siej­szy Gil­git od Gil­gi­tu sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat różni się je­dy­nie tym, że pła­sko­rzeź­ba Buddy jest pod ochro­ną. Już nie wolno rzu­cać w nią wo­recz­ka­mi z białą farbą, ani pró­bo­wać jej znisz­czyć. Wy­ry­ta wy­so­ko w skale po­zdra­wia wę­dru­ją­cych z prze­łę­czy Szan­dur. Nie­któ­rzy do­pa­tru­ją się w wy­rzeź­bio­nej po­sta­ci ko­bie­ty. Fak­tycz­nie, na męż­czy­znę ten Budda nie wy­glą­da. Sze­ro­kie bio­dra, wcię­ta talia i de­li­kat­na smu­kłość w kroku wska­zu­ją na ko­bie­tę lub… na nie­udol­ność rzeź­bia­rza. Kie­dyś wszy­scy byli tu bud­dy­sta­mi, ale z po­cząt­kiem XI wieku, afgań­ski suł­tan Mah­mud Gha­zna­wi, znisz­czył klasz­to­ry i wybił mni­chów. Oczy­wi­ście tylko tych, któ­rzy nie prze­szli na islam. Stupy, pła­sko­rzeź­by, księ­gi – pra­wie wszyst­ko znik­nę­ło, za­mie­nio­ne w proch, z któ­re­go po­wsta­ło.

Miesz­kań­cy Hunzy, gdzie leży Gil­git, nie są po­dob­ni do swo­ich są­sia­dów. Mają zde­cy­do­wa­nie za jasną skórę. Kie­dyś my­śla­no, że są po­tom­ka­mi Ma­ce­doń­czy­ków, ale ba­da­nia ge­ne­tycz­ne to po­dob­no wy­klu­czy­ły. Ra­czej bli­żej im do Scy­tów i Sar­ma­tów niż do Gre­ków. Blon­dyn­ki i rudzi zdarzają się tutaj za­dzi­wia­ją­co czę­sto. Miesz­kań­cy Hunzy słyną rów­nież z le­gen­dar­nej wręcz dłu­go­wiecz­no­ści i wi­tal­no­ści. Tutaj nawet dzie­więć­dzie­się­cio­let­ni męż­czyź­ni zo­sta­ją oj­ca­mi.

***

Aslan jako pierw­szy na całej ulicy otwo­rzył swój in­te­res. Gdyby po­spał tro­chę dłu­żej, pew­nie nigdy byśmy na sie­bie nie wpa­dli. Do dziś byśmy nic o sobie nie wie­dzie­li.

Jego ho­te­lik był pełen tu­ry­stów. Jesz­cze nic nie za­po­wia­da­ło zbli­ża­ją­cej się ka­ta­stro­fy. Po­spiesz­ne­go pa­ko­wa­nia i pa­nicz­ne­go exo­du­su. Choć może to nie do końca praw­da, że nic nie za­po­wia­da­ło tu­ry­stycz­nych pu­stek, jesz­cze więk­szej biedy, stra­chu i tego, że w ho­te­lach ob­słu­ga za­miesz­ka w wol­nych po­ko­jach, za­miast gnieź­dzić się w kan­cia­pach dla służ­by. Na każ­dym rogu witał nas prze­cież por­tret mło­de­go, lekko uśmiech­nię­te­go Bin La­de­na. Pa­trzy­ły na nas te jego wiel­kie, nie­mal pięk­ne oczy. Na ich widok wzdy­cha­ła pew­nie nie­jed­na ko­bie­ta, a może i nie­je­den męż­czy­zna.

– On jest na­szym bo­ha­te­rem. Na­szym bra­tem. Ru­skich wy­go­nił, brud­nych mu­dża­he­di­nów wy­go­nił, a Ame­ry­ki się nie boi. I jaki pięk­ny. Praw­dzi­wy mu­zuł­ma­nin. Ta­kich nam po­trze­ba!

Na bal­ko­nie jed­ne­go z więk­szych ho­te­li, na naj­wyż­szym pię­trze, wi­sia­ła flaga Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Tyle tylko, że do góry no­ga­mi i po­ma­za­na czer­wo­ną farbą. Obok dwa por­tre­ty za­ma­sko­wa­nych bo­jow­ni­ków. Z ka­ła­cha­mi w rę­kach i pę­ka­mi gra­na­tów na szyi. Ktoś na­ma­lo­wał ich wi­ze­run­ki na no­wiut­kich prze­ście­ra­dłach. Nie do wiary… w kraju, w któ­rym nigdy, w żad­nym ho­te­li­ku nie wi­dzia­łem ani czy­ste­go, ani tym bar­dziej no­we­go prze­ście­ra­dła.

Dwa mie­sią­ce póź­niej wszy­scy ga­pi­li się już tylko w te­le­wi­zo­ry. Pa­trzy­li na Nowy Jork, na WTC. Pa­ki­stań­czy­cy ła­pa­li się za głowy, a tu­ry­ści po­spiesz­nie uda­wa­li się na lot­ni­sko w Is­la­ma­ba­dzie.

Na ulicy sły­chać bu­cze­nie ge­ne­ra­to­rów. Gil­git bar­dziej przy­po­mi­nał ul lub gniaz­do szer­sze­ni niż mia­sto. Cią­głe prze­rwy w do­sta­wach prądu w kraju, który po­sia­da nie­jed­ną bombę ato­mo­wą, wy­da­ją się bez­sen­sow­ne, ale tak już tutaj jest. Je­dy­nie po­ło­żo­na nie­da­le­ko baza woj­sko­wa ma wła­sne ge­ne­ra­to­ry i gdy cała do­li­na znika nagle w ciem­no­ściach, ko­sza­ry wy­glą­da­ją ni­czym sta­tek ko­smicz­ny, który za­wisł w nie­ska­zi­tel­nie czar­nej próż­ni. Lu­dzie nie mają prądu, ale kraj ma bomby ato­mo­we. Kra­jem rzą­dzi prze­cież ge­ne­rał, a nie fi­lo­zof.

***

Aslan nie był po­dob­ny do „małpy z gór”, jak ma­wia­ją na miesz­kań­ców Hunzy w Ka­ra­czi. Nie ubie­rał się w szal­war kamiz, czyli luźne spodnie i długą do kolan ko­szu­lę. Nosił się „po eu­ro­pej­sku”. Na cięż­ko pra­cu­ją­ce­go też nie wy­glą­dał. Ręce nie­znisz­czo­ne, gład­ko ogo­lo­ny, z lekką nad­wa­gą, w je­an­sach i ko­szul­ce ja­kiejś eks­pe­dy­cji na Nanga Par­bat – bar­dziej przy­po­mi­nał pa­ki­stań­skie­go skle­pi­ka­rza z Lon­dy­nu czy Bir­ming­ham niż miesz­kań­ca Hunzy.

Ani jed­nak on, ani żaden z jego przy­ja­ciół, nie uwa­ża­li się za Pa­ki­stań­czy­ków. Byli miesz­kań­ca­mi swo­ich dolin. Ich toż­sa­mość była ści­śle zwią­za­na z ich języ­kiem. Wcale nie z urdu, ale z szina, pasz­tun, balti czy khora.

– Mam w dupie, co się dzie­je w Ka­ra­czi czy w Is­la­ma­ba­dzie. To są ich, Pa­ki­stań­czy­ków, pro­ble­my, a nie nasze. My je­ste­śmy Hun­zai. My je­ste­śmy Ko­hi­stań­czy­ka­mi, Be­lu­dża­mi.

Do­pie­ro kon­flikt z In­dia­mi lub mecz kry­kie­ta czy­nił ich oby­wa­te­la­mi wiel­kie­go Pa­ki­sta­nu – człon­ka­mi na­ro­do­wej wspól­no­ty.

– Pa­ki­stan znowu wy­grał z In­dia­mi w kry­kie­ta. Je­ste­śmy od nich wciąż lepsi!

– My, to zna­czy kto? – py­ta­łem, pod­pusz­cza­jąc ich zło­śli­wie.

– No my, Pa­ki­stan – od­po­wia­da­li, nawet nie będąc świa­do­mi swo­je­go po­dwój­ne­go spo­so­bu my­śle­nia.

***

W Hun­zie lu­dzie żyją zgod­nie z re­li­gią. W za­leż­no­ści od dnia oraz pory roku wy­bie­ra­ją sobie jedną i trzy­ma­ją się jej wier­nie. Do wy­bo­ru mają islam i polo. Islam, choć isma­ilic­ki, trak­tu­ją naj­po­waż­niej. Isma­ili­ci to tacy „mu­zuł­ma­nie prak­tycz­ni”. Na bie­ga­nie pięć razy dzien­nie do me­cze­tu nie mają czasu. Muszą zie­mię ob­ro­bić, póki jest po­go­da, a pole za­zwy­czaj leży kilka ki­lo­me­trów za wsią albo w są­sied­niej do­li­nie. Azanu tam nie sły­chać, bo mi­na­re­tów nie ma i mu­ezin może sobie wzy­wać na mo­dli­twę ile chce – za górką i tak nikt go nie usły­szy. Są za to Jama’at Khana, czyli domy mo­dli­tew­ne, ale nikt ich nie od­wie­dza zbyt czę­sto. Są też szkoły. O…te to mają wzięcie. Lepiej się skupić na nauce. Tu niemal każdy umie czytać, pisać i liczyć. Tak samo mężczyźni jak i kobiety.

Z Hunzy do Al­la­ha jest bli­żej i Allah zro­zu­mie. Sam stwo­rzył te góry, tę srogą zimę i te pola z ja­ło­wą zie­mią. Wie, jak cięż­ko się tu żyje. Niby raz do roku ra­ma­dan. Post ści­sły od wscho­du do za­cho­du sło­ńca. Ale jak tu nie jeść, gdy tchu bra­ku­je, a czło­wiek wy­chu­dzo­ny. Spo­tkać w Hun­zie kogoś z nad­wa­gą to nie­mal cud. Allah zro­zu­mie.

Wio­sną za­wsze pa­nu­je głód. Nie tak strasz­ny, by lu­dzie umie­ra­li, ale na tyle po­waż­ny, że wszy­scy cho­dzą̨ po­de­ner­wo­wa­ni i cią­gle nie­na­je­dze­ni. W cza­sach Kró­le­stwa Hunzy, pierw­sze żniwa były oka­zją do wiel­kie­go świę­ta – ge­na­ni. Pierw­sze świę­to, pierw­sze żniwa, pierw­sza mąka i pełne brzu­chy. Potem było już tylko cze­ka­nie na psze­ni­cę i walka z cza­sem, by zdążyć zro­bić za­pa­sy przed zimą. W Hun­zie jedzą przede wszyst­kim plac­ki na­zy­wa­ne roti i cha­pa­ti. Do tego ryż, jajka i cza­sem ja­kieś mięso, ale rzad­ko. Jak jest do­brze, to ryby i kur­cza­ki, a jak źle, to starą kozę albo ba­ra­na. Albo nic. Gdy jest na­praw­dę źle.

Je się rów­nież śliw­ki. A do­kład­nie mo­re­le. Mają ich je­de­na­ście od­mian. Naj­le­piej sma­ku­ją świe­że, ale takie ra­ry­ta­sy do­stęp­ne są tylko w se­zo­nie. Gdy owoce doj­rze­ją, cała ro­dzi­na zbie­ra je na płót­no i wy­bie­ra pest­ki. Sam miąższ suszy się na słoń­cu i gór­skim wie­trze. Mo­re­le sma­ku­ją póź­niej jak mig­da­ły i wszy­scy noszą je w kie­sze­niach. Z mo­re­li można jesz­cze zro­bić… bim­ber! Hunza water, jak go tutaj na­zy­wa­ją. Mocny, aż się zęby od niego psują! Tak przy­naj­mniej po­in­for­mo­wał mnie pe­wien po­li­cjant, gdy aku­rat miał wolne i gdy po­pi­ja­li­śmy tę „wodę”. Dla po­twier­dze­nia po­ka­zał mi wów­czas swój szczer­ba­ty uśmiech. Nie wiem do końca, czy od si­wu­chy zęby się psują, ale pokaz był prze­ko­nu­ją­cy.

Gdy już wszy­scy na po­ste­run­ku mieli tro­chę w czu­bie (bim­ber lał się od po­po­łu­dnia, a ha­szysz dymił tylko tro­chę kró­cej), nasz go­spo­darz za­pro­sił wszyst­kich na… za­wo­dy w rzu­ca­niu gła­zem. Okej. Z tym gła­zem może tro­chę prze­sa­dzam, ale był to dość spory ka­mień wiel­ko­ści mojej głowy. Za­sa­dy były dzie­cin­nie pro­ste i sama za­ba­wa dosyć dzie­cin­na. Obok mnie stało kil­ku­na­stu nie ta­kich znowu mło­dych męż­czyzn, któ­rzy mimo trzy­dziest­ki na karku nigdy nie spali z ko­bie­tą. Mu­sie­li więc za­cho­wy­wać się jak dzie­ci. Nie byli prze­cież „męż­czy­zna­mi”.

Sta­li­śmy rzę­dem wzdłuż na­ry­so­wa­nej kijem linii, każdy z nas rzu­cał ka­mie­niem, na­stęp­nie któ­ryś z „sę­dziów” za­zna­czał miej­sce upad­ku. Al­ko­hol i ha­szysz szu­mia­ły w gło­wach, a od­le­gło­ści rzu­tów zmniej­sza­ły się z mi­nu­ty na mi­nu­tę. Allah sam stwo­rzył al­ko­hol, to i pew­nie zro­zu­mie.

***

Drugą re­li­gią Hunzy po is­la­mie jest polo. To w za­sa­dzie i re­li­gia, i pasja (inną pasją jest jesz­cze płu­ka­nie złota, ale to hi­sto­ria na osob­ną opo­wieść).

Polo z Gil­gi­tu sły­nie z dwóch zasad:

1. Nie bić prze­ciw­ni­ka w głowę (jego koń to już nie prze­ciw­nik, wiec konia można).

2. Zwy­cię­stwo uspra­wie­dli­wia wszyst­ko inne („Score is a rule”, jak mi dum­nie po­wie­dział pe­wien puł­kow­nik).

Na końcu drogi, na któ­rej stoją ge­ne­ra­to­ry prądu na­pę­dza­ją­ce lo­kal­ne skle­pi­ki, jest nie­wiel­ki plac. Pro­sto­kąt­ny, ogra­ni­czo­ny po bo­kach mur­kiem się­ga­ją­cym ko­niom do pier­si. Obok jed­ne­go z nich wy­bu­do­wa­ny jest po­dest, na któ­rym na czas gry zbie­ra­ją się wi­dzo­wie. Tak jak za­wod­ni­cy muszą być tro­chę sza­le­ni, by pę­dzić na ko­niach i ma­chać drew­nia­ny­mi młot­ka­mi za piłką, tak wi­dzo­wie muszą mieć re­fleks. Za każ­dym razem, gdy piłka lą­du­je obok szpa­le­ru pla­sti­ko­wych krze­seł, wszy­scy zry­wa­ją się w po­pło­chu i ucie­ka­ją jak naj­da­lej od koni. Za­wod­ni­cy widzą tylko piłkę. Ude­rze­nie takim młot­kiem w głowę może ozna­czać na­tych­mia­sto­wą wi­zy­tę u Al­la­ha. Cza­sa­mi w trak­cie go­ni­twy ktoś nie­szczę­śli­wie spad­nie i… po chło­pie.

Wszyst­kie drob­ne roz­gryw­ki i spa­rin­gi (głów­nie Armia ver­sus kto po­pad­nie) to przy­go­to­wa­nia do meczu se­zo­nu. Je­dy­ne­go ta­kie­go meczu polo na świe­cie. Meczu na śmierć i ży­cie. Na honor! „Fre­esty­le mo­un­ta­in polo in it’s pu­rest form” – tak na­zy­wa­ją ten mecz, który jest dla miesz­kań­ców dwóch dolin tym, czym dla Pa­ki­stań­czy­ków z nizin mecz kry­kie­ta Pa­ki­stan – Indie. Od­by­wa się pod prze­łę­czą Shan­dur. Na wiel­kiej łące, po­mię­dzy Hunzą a Chi­tra­lem, na wy­so­ko­ści 3600 me­trów n.p.m. Raz do roku. Dzie­wią­te­go lipca. Shan­dur Polo Fe­sti­val jest wy­da­rze­niem, które wspo­mi­na się la­ta­mi. Po­rów­nu­je z po­przed­ni­mi. Jest grą, która rodzi bo­ha­te­rów.

[Powyższy tekst jest fragmentem opowiadania Nad Dwiema Rzekami Pakistańskiej Północy, które ukazało się w książce wyd. Mercator Poza Utartym Szlakiem]

Opublikowano:

Indyjski Dżihad Miłości

Od kilku lat hindusi i indyjscy chrześcijanie twierdzą, że muzułmanie rozkochują w sobie dziewczyny, by te, chcąc ich poślubić przeszły na Islam. Dowodów nie ma, ale czasem leje się krew.

Gdy  podróżuje się po krajach muzułmańskich i tych gdzie muzułmanów jest całkiem dużo (np. Indie) trafia się od czasu do czasu na ludzi z ewangelizacyjną misją. W takim irańskim Mashhadzie, czy Qom to raczej normalne, ale w pakistańskim pociągu to już zupełnie inna sprawa – nie traktuje się tego na poważnie choć dla drugiej strony to wcale nie temat do żartów.

No bo jak zostaje się muzułmaninem? A no bardzo łatwo. Przede wszystkim trzeba uwierzyć, że jest tylko jeden bóg, Allah, a Mohammed jest jego prorokiem i wypowiedzieć Shahadę czyli wyznanie wiary no i jeszcze dać się obrzezać. Brrrr. I już. Po sprawie.

Jeszcze tylko modlitwa pięć razy dziennie, żadnego alkoholu, żadnej wieprzowiny, żadnego Bożego Narodzenia, ale za to Ramadan. No i dżihad! Nie, nie taki jaki ostatnio oglądamy w telewizji, ale taki wewnętrzny. Walka dobra ze złem gdzie i dobro i zło mieści się w nas a nie w innym kraju, narodzie, sposobie postrzegania świata.

I jeszcze jedna ważna sprawa. Zasadniczo nie można się z Islamu wypisać. Przejść z powrotem na Chrześcijaństwo, Buddyzm, Hinduizm, Animizm czy co tam kto wyznawał przed Shahadą. Właśnie dlatego, by wziąć ślub z wyznawcą Allaha trzeba samemu zostać muzułmaninem. Inaczej nici z zamążpójścia. Chyba, że chłopakowi na tym nie zależy, ale są oczywiście jeszcze jego rodzice i wtedy to już się wszystko strasznie komplikuje i przeciętna dziewczyna przechodzi na Islam dla świętego spokoju. Sami wiemy ilu młodych w Polsce bierze ślub kościelny „dla spokoju rodziców” więc nie można się dziwić.

Ok, wstęp mamy za sobą!

Od jakiegoś już czasu, w Indiach mówi się o sterowanym przez muzułmańskich duchownych Dżihadzie Miłości czyli Love Jihad. Polegać ma to na tym, że młodzi, piękni i przystojni muzułmanie rozkochują w sobie bogu ducha winne, niewinne i naiwne hinduski (oraz chrześcijanki, ale chrześcijanami się nikt za bardzo nie przejmuje więc teoria spiskowa Love Jihadu ich jakoś nie uwzględnia). A te, jak już wiemy ze wstępu, muszą przejść na Islam by mogły być ich żonami i skonsumować tę wielką miłość.

W szeregach hindusów pojawiła się panika. Uwierzyli, że każdy młody, piękny i przystojny Ali czy Mohammad nie tylko odbija im dziewczyny, ale, o zgrozo, przeciąga je na stronę Islamu. Nieodwracalnie. Na zawsze. Nie można było tak tego zostawić!

Na Facebooku powstała nawet strona przestrzegająca przed tym niecnym (choć wciąż nie sprawdzonym) procederem. Powstały artykuły (a to już nie jest temat do żartów), o mężczyznach, którzy dopuszczają się gwałtów na nie-muzułmankach i przekonują je do nawrócenia by mogli wziąć z nimi ślub i wszystko zatuszować.

Hinduscy narodowcy nawet twierdzą, że ci piękni i przystojni muzułmanie dostają pieniądze na ubrania, biżuterię, fryzjera i nagrodę za poślubienie (i „przeciągnięcie na właściwą religię”) nie-muzułmanki. Nie wiedzą co prawda dokładnie od kogo i wskazują jakiś tajemniczych „onych”. Jako mężczyźnie z ledwo pięcioletnim stażem małżeńskim trudno mi w to uwierzyć bo to się przecież zwyczajnie nie opłaca. Taka żona dla niewielkich pieniędzy.

Hinduscy bramini (duchowni) twierdzą jednak co innego. Nie dość, że według ich teorii, muzułmanie przedstawiają się zmyślonymi imionami i udają hindusów, to jeszcze uwodzą nie byle kogo, bo ich córki. Córki hinduskich duchownych. Z premedytacją! By „zniszczyć kastę duchownych”. Zakocha się taka, świata po za udawanym Ardżunem nie widzi, skonsumuje małżeństwo przed ślubem i już jest po sprawie. Nagle jej Romeo okazuje się Alim i na Islam dziewcze przejść musi bo przecież bez ślubu się nie obejdzie.

Tak to przynajmniej wygląda według braminów. Żaden się nie przyzna, że córka zakochała się ot tak po prostu. Musiała być omamiona. Bez tego nie spojrzała by nawet na nie-hindusa. Pomińmy tu fakt, że w kulturze hinduskiej, małżeństwo z miłości istnieje bardzo rzadko i to głównie w wielkich miastach i wśród celebrytów. Absolutna większość to małżeństwa zaaranżowane i taką niespodziankę trzeba jakoś wytłumaczyć. Kobieta ma być przecież słaba, podporządkowana i nie mieć swojego zdania. Ma dbać o czystość własnej kultury i kasty. Jeżeli chce wyjść za kogoś, kogo nie popiera ani rodzina, ani kasta ani religia najłatwiej wytłumaczyć to przemocą, gwałtem czy uwiedzeniem. Nigdy znalezieniem sposobu by wyrwać się z domu. Aktorstwem, lub przyzwoleniem na „omamienie”. Furtką dla własnego zdania.

Jednak czasem, jak w 2013 roku w Muzaffarnagar, dochodzi przez to wszystko do zamieszek. Leje się krew, Love Jihad staje się czymś jak najbardziej realnym, ginie 60 ludzi a 40 tysięcy musi uciekać z domu. Wszystko przez to, że muzułmański chłopak łaził za hinduską dziewczyną. Jej bracia go zabili, więc jego bracia zabili ich. Nagle wszystko stało się bardzo religijne, polityczne, ktoś sobie przypomniał o Love Jihad i nikt już nie umiał tego zatrzymać.

No i zrobiło się smutne zakończenie.

 

Opublikowano:

Thorong La. Historia pewnej katastrofy, ale z trochę innej strony.

Tekst ukazał się po raz pierwszy na Onecie.

Po katastrofie na przełęczy Thorong La i historiach opowiadanych przez tych, którzy przeżyli, rodzi się we mnie pytanie o to, co dzieje się z Nepalem. Krajem, który żyje z turystów, ale chyba nie potrafi ich za to docenić. Docenia ich pieniądze, ale chyba nie ich samych.
Kim jest tajemniczy właściciel schronu na przełęczy, dowiemy się już niedługo. Jeżeli nepalska policja tego nie zrobi, zrobi to izraelska. Tego możemy być pewni.

Palący zioło Izraelczycy, Niemcy ubrani w najnowsze ciuchy, Polacy w wielkich ilościach, Japończycy w każdym wieku, Brytyjczycy przeżywający swój „gap year”, Koreańczycy, kilku Hindusów i KAŻDY kto jest wystarczająco zdrowy, uparty i kocha góry.

Oto przekrój ludzi, którzy co roku okrążają Annapurnę. Dziesiąty szczyt ziemi.

Trasa całego trekkingu to nieco ponad 200 kilometrów i przeciętnemu turyście zajmuje dwa tygodnie z okładem. Wejście na Świnicę, czy przejście Orlą Percią jest o wiele trudniejsze niż ten trekking, a jedynym wyzwaniem jest tak naprawdę wysokość.

No właśnie. Wysokość. Całe 5416 metrów w kulminacyjnym punkcie, którym jest przełęcz Thorong La. Kilkanaście dni powolnego wchodzenia szeroką, wydeptaną drogą niczym na Dużą czy też Małą Rawkę zamienia to w wygodny spacer. Może i oddech czasem się urywa, może i zakręci się w głowie, ale jest dobrze, przepięknie i spokojnie. Co dwie, trzy godziny czeka na nas lodge albo mały hotelik. Lemon-ginger-honey albo piwo dla tych, dla których pieniądze nie grają roli. Nocleg, jedzenie, smakołyki, pogaduchy z innymi i wspólne palenie skrętów z pewnej roślinki, która potrafi rosnąć przy samym szlaku.

I nagle, w idyllicznym niemal krajobrazie, wydarza się tragedia. Obok mijanych trzech ośmiotysięczników, na drodze pokonywanej co roku przez tysiące ludzi, w szczycie sezonu, wydarza się coś niespodziewanego. Śnieg sypie jak oszalały, temperatura spada tak nagle, że te tłumy Izraelczyków ubranych najczęściej „w cokolwiek” zaczynają się wychładzać. Niewiele widać, wiatr dmie z himalajską siłą i w oczy zagląda śmierć. Schodzą lawiny. W basecampie Dhaulagiri, w rejonie Manang i te najgorsze, na przełęczy Thorong La, którą codziennie pokonuje nawet setka turystów. W miejscu, które tysiące turystów przeszło do tej pory bezpiecznie.

Ale to Himalaje. Gdy zmieni się pogoda, 5416 metrów to jednak nie Śnieżka czy Giewont, choć szlak wygląda tak samo.

Właśnie przez tę wysokość, w mediach, tuż po katastrofie, pojawiają się notatki o „wspinaczach”, choć to kompletna nieprawda. Dla dziennikarza siedzącego za biurkiem, to niewyobrażalne, że wejście na 5416 m n.p.m może być spacerem. Długim, ale spacerem i chyba nie można mu się dziwić. Od tragedii mija tydzień. Wciąż nie doliczono się wszystkich brakujących turystów. Rząd Nepalu zamyka szlak dookoła Annapurny, a w The Telegraph pojawia się artykuł, który każe mi zadać po raz kolejny w życiu pytanie „Co się dzieje z tym Nepalem?”

Nepal to kraj, o którym nie mam stałego zdania. Ciągle się zmienia, ale, o zgrozo, w tym niepochlebnym kierunku. Jest przepięknie, to prawda, ale to co łatwe, turystyczne pieniądze zrobiły z ludźmi jest… smutne.

The Telegraph opisuje historię opowiedzianą przez Eitana Edana, izraelskiego turystę, który przeżył śnieżycę na Thorong La choć nie wierzył, że mu się uda. W pewnym momencie, już w nocy, zwyczajnie zasnął w śniegu, ale jakimś cudem obudził się po kilku godzinach i z nową energią ruszył w dół. Eitan Edan opowiedział historię, która mnie przeraża, ale w którą jestem w stanie uwierzyć. Niestety.

Jest 15 października 2014. Szaleje burza śnieżna. Wiatr wieje wściekle, jest okropnie zimno i niemal ciemno. Na przełęczy, obok wielkiej tablicy, przy której każdy robi sobie zdjęcie i buddyjskich flag modlitewnych stoi tea house, schron, w którym zamiast turystów roześmianych, popijających gorącą herbatkę, ukrywa się grupa turystów wystraszonych i zmarzniętych. Właściciel postanawia uciekać do domu i ku zdumieniu wszystkich, wyprasza turystów na zewnątrz, bo „musi zamknąć”. Ludzie się boją. Nikt nie chce wychodzić, ale muszą. Właściciel obiecuje, że sprowadzi ich bezpiecznie na dół. Do Muktinath. Za 1000 (tysiąc) rupii od osoby.

Kto nie zapłaci, musi sobie radzić sam, ale i tak musi opuścić jego schronisko.

Zejście do Muktinath nie jest trudne. Jest za to strome i wyczerpujące, bo trzeba zejść jakieś 1600 metrów w dół, a wysokość robi swoje. W 2007 roku miałem przepiękną pogodę i cudowne widoki. Oni nie mieli. Musieli na kimś polegać. Komuś zaufać. By przypieczętować to zaufanie nawet mu zapłacili.

Zbiera się grupa 30-40 osób, w tym trzech Polaków, o których dziś wiemy, że zginęli. Właściciel schronu dogaduje się z jednym z tragarzy/przewodników, niejakim Pasangiem Tamang. Dzielą się ponoć pieniędzmi i ruszają z grupą w dół. Jest tak ciemno, że ludzie zaczynają się gubić, co chwilę ktoś zostaje w tyle. Właściciel tea house’u (którego do dziś nikt nie zna z imienia) pędzi do przodu, nie oglądając się na nikogo. Pieniądze zebrane od przestraszonych turystów do niczego go nie zobowiązują. Mógł ich, co prawda, zostawić w schronisku. Mogli się tam ukryć i próbować przeczekać noc, ale wtedy nie zarobiłby  ekstra 20 tysięcy rupii. Jakieś 150 amerykańskich dolarów.

Pasang Tamang próbuje w tym samym czasie zebrać ludzi do kupy.  Z burzy ratuje kilkanaście osób naprowadzając ich na właściwą drogę i… sam ginie z wyczerpania. W pewnym momencie siada po prostu w śniegu i mówi, że tutaj umrze. Kto był na trekkingu dookoła Annapurny wie doskonale, że tragarzami rzadko są ludzie z gór. Bardzo często są to mężczyźni z podnóży Himalajów, z Teraju, którzy często są w gorszej kondycji fizycznej niż turyści (niosą w końcu ich wielkie plecaki i to po kilka naraz). Może Pasang Tamang był takim właśnie tragarzem? Czy szedł w trampkach jak wielu jego kolegów? Czy miał odpowiednie ubranie? Wiemy, że zarabiał około 12 dolarów dziennie, bo tyle, przeciętnie, dostają porterzy.

Tak czy inaczej miał jaja. Zamiast ratować własne życie, postanowił ratować innych. W końcu zobowiązał się do tego i wziął za to pieniądze. Oprócz niego, w śniegu pozostało na zawsze 8 innych osób, w tym trzech Polaków. Szefowie jego agencji trekkingowej znajdą przy nim ponad 22 tysiące rupii, co ma potwierdzać historię Eitana Edana o „opłacie”.

Myśląc o Nepalczyku, który wygonił turystów prosto w śnieżną burzę tylko po to by ich potem oszukać, wciąż pozostanie we mnie pytanie o to, co dzieje się z Nepalem. Krajem, który żyje z turystów, ale chyba nie potrafi ich za to docenić. Docenia ich pieniądze, ale chyba nie ich samych. Jest ich chyba zbyt wielu, by patrzeć na nich jak na osoby a nie jak na tłum.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Artykuł The Telegraph do przeczytania w całości TUTAJ