Opublikowano:

Iran „rybim okiem”

[english below polish]

Zdjęcia bez ludzi to nie moja bajka, ALE … tak się złożyło, że postanowiłem to raz zmienić i trafiło na Iran i jego sufity.

Pomyślałem, że jeśli mam zrobić zdjęcia inne niż zawsze to co jak co, ale sklepienia bazarów, meczetów i pałaców będą doskonałym powodem by się raz „wyłamać” 😉

Gdyby to kogoś interesowało, to wszystkie zdjęcia zrobione zostały w listopadzie 2017, obiektywem Olympus Zuiko 8mm F1.8.

ps. Jak klikniesz na pierwsze zdjęcie to galeria włączy się w „fullscreen”

***

Taking pictures WITHOUT people is not my thing, but this time I decided to look up and didn’t see many 😉

It was real challange for me to take pictures of architecture, but it WASN’T my first visit to Iran and I knew I be taken them.

All pictures taken with Olympus Zuiko 8mm F1.8

#olympus #olympus_polska #fisheye #iran

Opublikowano:

Moja historia fotografii :)

Dawno, dawno temu, na pewnym wrocławskim osiedlu, gdy za oknem wciąż był jeszcze Stan Wojenny, siedziałem z ojcem przy powiększalniku i robiłem pierwsze odbitki. Powiększalnik był pożyczony, kuwety (chyba) improwizowane, a czerwona żarówka zrobiona z lampy i jednego z moich zabawkowych kręgli, który robił za „czerwone filtr”. Właśnie wtedy zakochałem się w magii pojawiających się na papierze, czarno białych obrazów.

I ta miłość pozostała mi do dziś, choć nie siedziałem w ciemni od kilku lat. Ostatni raz gdy to robiłem, była to improwizowana ciemna w szkole przy Tottenham Hale w Londynie w której pracowałem i uczyłem dzieciaki jak robić fotografię przy pomocy puszek po koli.

Gdy ktoś mnie pyta „czym robisz zdjęcia?” moja odpowiedź raczej nigdy nikogo nie satysfakcjonuje, bo robię je oczami, instynktem i 20+ latami praktyki. Każdy kto pyta oczekuje odpowiedzi i model aparatu i obiektyw, jakby to garnki gotowały zupę, buty same biegły maratony itd. Ale, te garnki, buty i aparaty zawsze pomagają i bez nich też mało co się zrobi.

Moim pierwszym aparatem był Kiev 4M na filmy małoobrazkowe. Właściwie to był to aparat moje ojca, ale używałem go jak swojego, zanim nie kupiłem swojej własnej Smieny 8M a potem Smieny 8Standard, w której film naciągało się dźwignią jak „w Zenicie” a nie pokrętłem jak w 8M.

Potem był Kiev60 na filmy 6*6 i niezapomniana Minolta X-300, którą zamieniłem, na moją pierwszą cyfrę – Minoltę Dynax 7, w której autofokus (mój pierwszy w życiu!) był tak szybki, że mogłem sobie zrobić w międzyczasie kawę 😉

Kto pamięta moje stare zdjęcia z Pakistanu – to wszystko robione było na slajdach, Minoltą x-300.

Kto pamięta moje zdjęcia z Chin, te z książki „Przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” – to wszystko robione Dynaxem 7.

Po przeskoczeniu na cyfrowe lustrzanki (Nikon D50, Nikon D70, Canon 5D Mk1, Canon 7D i canon 5D Mk2) przyszedł czas na coś na prawdę nowego. Na prawdę, bo to co było do tej pory, to wciąż były aparaty analogowe, tyle tylko, że z matrycą zamiast filmu. Wszystko inne, niewiele (no, po za filmowaniem!) rózniło się od starych aparatów. Zmieniło się medium zapisujące zdjęcia, ale nie technologia. Przynajmniej nie w moim odczuciu.

15258917_1259108180826871_3426623169010597888_n

I nagle, niespodziewanie, wpadł mi w ręce Olympus OM-D E-M5 Mark II i zakochałem się w tym aparacie kompletnie. Zrobiłem nim kilkaset zdjęć w Iranie i chciałem go mieć. Musiałem. Nagle ISO 2500 było czarne i bez szumu, autofokus, ultraszybki autofokus, dostępny był jak w smartfonie – z poziomu dotykowego ekranu co na ulicy świetnie zdawało egzamin. Mogłem, po raz pierwszy w moim życiu, obsługiwać aparat telefonem robiąc zdjęcia na długiej ekspozycji fotografując biczujących się Irańczyków w półciemnym meczecie.

15035812_1216747205078303_552660526040088576_nTo już nie był kolejny aparat jaki znałem, w którym zmieniła się ilość pikseli i szybkość autofokusa. To już była zupełnie nowa jakość. Zupełnie nowe, ultraszybkie, niewielkie i bardzo wygodne narzędzie.

Jedyne czego musiałem się nauczyć od nowa, to ergonomia, ale po dwóch tygodniach znałem już każdy przycisk bez odrywania oczu od wizjera.

I tak, po cichu, zostałem kolejnym ambasadorem Olympusa.

No kto by pomyślał 😉

Opublikowano:

Kabrestan-e Lachestan

Polski cmentarz, leży przy drodze nr 94 „Anzali – Rezvanshahr”, w centrum miasta, obok ronda, na przeciw restauracji Kababie Baraan. Za wysokim, białym murem, pod którym postawiono kilka ławek dla spacerowiczów.
Ale polski turysta nie musi tego wiedzieć. Polskiemu turyście wystarczy, że zatrzyma taksówkę i powie kabrestan-e Lachestan a każdy kierowca będzie już wiedział dokąd jechać.

Główna brama będzie zamknięta, ale po lewej stronie, na końcu muru, jest i furtka i domofon. Za furtką mieszka Derus, opiekun. Człowiek, który kosi tu trawę i zamiata sosnowe igły.
Człowiek, który Was tu wpuści i pewnie poprosi o kilka dodatkowych groszy za swoją pracę.
Nie, Derus nie mówi po angielsku czy polsku. Derus mówi po persku i azersku, ale potrafi ruchem ręki pokazać cmentarz, siebie a jednoznacznym gestem – koszenie trawy.

Turysta znajdzie tu niemal 700 grobów. Skromnych, betonowych nagrobków. Bez chryzantem, bez świeczek. Ustawionych w równych, wojskowych szeregach. Grobów strzelców, kaprali, kilku letnich dzieci i młodych kobiet. Znajdzie tu grobową ciszę.

Ale skąd wzięło się tutaj prawie 700 polskich grobów?

To proste. Była wojna. A my byliśmy uchodźcami.
Od kwietnia do czerwca 1942 roku, przypłynęło tu ponad 100 tysięcy naszych. Anzali było gotowe na kilka tysięcy tygodniowo. Przypływało ich kilka tysięcy dziennie.
Anzali było gotowe na żołnierzy. Generał Anders ładował na statki kogo się tylko dało.
Zjeżdżali się pociągami do Krasnowodzka czyli dzisiejszego Turkmenbasza. Wypływali na morze statkami i barkami. Wypełniali sobą każdą przestrzeń. Cały pokład. Od burty do burty. Zatłoczone były prześwity wentylacyjne, łodzie i luki pod łodziami ratunkowymi, nie mówiąc już o każdym zakamarku pod pokładem a nawet maszynownie.
Morze, było wciąż bezpieczniejsze niż ląd. Po prostu.

„Na środku statku była ubikacja, do której ustawiała się bardzo długa kolejka. Jeżeli ktoś z niej wychodził to od razu stawał na jej końcu. Osoby, które nie miały sił załatwiały swoje potrzeby wprost z krawędzi statku.”

I to właśnie dlatego tyle dzieci i starców wypadło za burtę.
Na zawsze.

Dumałem nad tym wszystkim popijając herbatę i podjadając irańskie haribo i całkiem dobre czekoladki. Obok nas, po naszej lewej, stał Hotel Dolphin. Mniej więcej tutaj kończyły się obóz 3 i obóz 4.
Na plaży pełnej śmieci, zielonych glonów i muszelek (które co biedniejsi ludzie zbierają jako dodatek do paszy dla kur) irańskie rodziny spacerowały zadowolone z życia i wolnego dnia. Młodzi robili sobie selfi a co odważniejsze dziewczyny wchodziły do wody po kolana, nielegalnie je odsłaniając.
Próbowałem sobie wyobrazić 3 kilometrowy obóz, który zbudowano na szybko na plaży. Obóz w którym ludzie spali na piasku przykryci kocami i umierali nie tylko z powodu malarii, wyczerpania i wszelkich chorób, ale także z przejedzenia.

cmentarz-anzali-02

cmentarz-anzali-03

cmentarz-anzali-04

cmentarz-anzali-05

cmentarz-anzali-06

Opublikowano:

Salam Iran czyli dlaczego trzeba jechać do Iranu

Tak się złożyło, że spośród wszystkich ludzi, których znam, a którzy w różnych powodów i w różnych czasach odwiedzili Iran nie poznałem jeszcze nikogo, kto nie lubił by tego kraju.

Oczywiście, że przez różne media przelewa się co jakiś czas fala różnych „newsów” o łamaniu prawach człowieka itp, ale życie nauczyło mnie by bardzo na takie wiadomości uważać. Zastanawiam się wtedy, jak do obrony praw człowieka ma się comiesięczne wpłacanie pieniędzy do ZUSu, albo różne kwoty wolne od podatku dla mnie i dla posłów. Pewnie też można by napisać o tym ciekawy artykuł.

Mało kto wie, że Iran miał kiedyś postępowy, demokratycznie wybrany rząd i mało kto wie, że obalił go Zachód (trzeba było nie nacjonalizować pól naftowych 😉 i to dzięki temu samemu Zachodowi na tronie zasiadł Szach Pahlavi. Mało kto wie, że po rewolucji islamskiej, nowy reżim stworzył pomoc socjalną, opiekę zdrowotną, pomoc doraźną (susze, powodzie, trzęsienia ziemi).  I przez to wszystko, sam czasem nie wiem co o tym wszystkim myśleć więc … nie myślę. Nie czytam wiadomości, nie słucham opinii i nie wierzę we wszystko co opowiada mi o Iranie TV.

IMG_4015 IMG_4040 IMG_4260 IMG_4309 IMG_4994 IMG_5774Wiem jednak jedno, podróżuję do Iranu od 1997 roku na różne sposoby. Kiedyś, gdy nie było to takie łatwe jak dziś, jeździłem tylko tranzytem, potem już na spokojnie, rowerem, przedłużając za każdym razem wizę by pobyć z Persami jeszcze chwilę dłużej.

Dlaczego? Z prostego powodu – dla fantastycznych Irańczyków. Dla ich gościnności, dla ich kultury osobistej, dla ich zabytków, dla pistacji marchewkowych lodów, dla ryżu z masłem, przepysznej herbaty, dla rozmów o życiu, kulturze, malarstwie i poezji. Dla rozmów o wielkiej niesprawiedliwości jaką jest postrzeganie ich jako Arabów (dla Persa to tak samo obraźliwe, jak dla Polaka „polskie obozy zagłady” czy niezręczne jak „zdrastwujtie” na dzień dobry, rzucone przez turystę). Iran jest krajem, który trzeba odwiedzić i samemu wyrobić sobie opinię. Poznać ludzi, napić się z nimi herbaty, pójść na piknik do parku.

Uwielbiam namawiać innych na wycieczkę do Persji. Na zwiedzanie i rozmowy. Uwielbiam ich powroty gdy witają się ze mną z wielkim uśmiechem i gorącym „dzięki, że mnie namówiłeś”. Uwielbiam pokazy slajdów, na których wciąż i wciąż powtarzają się te same uśmiechy, te same wspomnienia i to samo wrażenie medialnej niesprawiedliwości. Obrazu tworzonego na podstawie „elit politycznych”.

Ciekawe jaki byłby obraz Polaków, gdyby ktoś pisał o nas na podstawie naszych elit 😉

Ciekawe kto wtedy przyjechał by do Polski na wycieczkę 😉