Opublikowano:

W Pakistanie wybiła właśnie 19:35

W Pakistanie wybiła właśnie 19:35

Na moim, nieprzestawionym zegarku, wskazówki wciąż pokazywały ten sam czas jaki panował w domu. Ten sam jaki pokazywały wszystkie zegary w domu za ciepłem i wygoda którego tak nagle tęskniłem.
W domu, po którym krzątali się bliscy mi ludzie a na parapecie rosły, podlewane nie-przeze-mnie aloes i bazylia.

Tu gdzie stałem – siąpiło. W basecampie pogoda załamała się dwa dni wcześniej i po śniegu nie pozostał nawet ślad. Szybko okazało się, że raki nie przydadzą mi się do niczego tak samo jak czekan i lina, którą i tak nie miałem się z kim związać. Wszędzie dookoła było szaro. Chmury zeszły tak nisko, że z miejsca w którym stałem nie było widać szczytu choć dzieliło mnie od niego tylko kilkadziesiąt kroków. Słońce zaszło już dawno. Nie tyle za horyzont, co za chmury, które już od rana spowiły każdy kawałek nieba.

Wszystko co zbędne zostawiłem w najwyższym obozie i ruszyłem do ataku szczytowego. Jeżeli chciałem zdążyć przez zapadnięciem zmroku musiałem dać z siebie wszystko i zwyczajnie się śpieszyć.
Najpierw musiałem jednak przejść przez wielką, drewnianą bramę. To lokalni mieszkańcy ją tu postawili by odgrodzić teren świętej dla nich góry od całego zewnętrznego świata. Nikogo z nich tu jednak nie spotkałem. Nikogo oprócz starszej pani, którą minąłem gdy szła samotnie drogą, ubrana w ciężki, przeciwdeszczowy płaszcz, niebieską spódnicę i chustkę, która dokładnie przykrywała jej włosy. Widok tej chustki trochę mnie zdziwił, gdyż miejscowi znani byli ze swych zdecydowanych i niepochlebnych opinii o ludziach mieszkających na wschód od ich ziem i ich obyczaju noszenia chust, ale widocznie ich własne im tak bardzo nie przeszkadzały.
Nie był to z resztą widok codzienny, ale wciąż i u nich zdarzały się przypadki takich kobiet.

Górę przysłaniał mi sosnowy las. Na szczęście nie było tu błota, którego tak się obawiałem a twarda piaszczysta droga. Nazwa góry, historycznie i na wszystkich dostępnych mi mapach, pochodziła od konia. Dokładnie od jego samicy. Teraz jednak, za sprawą olbrzymiej, metalowej konstrukcji umieszczonej na jej szczycie, lokalna społeczność nazywała ją po swojemu. Zupełnie inaczej. Nijak niepodobnie do jej oficjalnej nazwy. Zgodnie ze swoją wiarą. Tak jak i w innych miejscach świata, religia, podobnie jak wszystkie inne, przejęła pod posiadanie kolejne miejsce górujące nad horyzontem.

Po drodze, przy miejscu kultu, minąłem olbrzymi portret człowieka, w którego zmartwychwstanie wierzyli. Patrzył na mnie a napis-deklaracja jego wyznawców o wiecznym zaufaniu dodała mi tak potrzebnego spokoju.
Robiło się coraz ciemniej i chyba potrzebowałem tego spokoju.

Szczelnie opatulony w kurtkę, słyszałem tylko swój własny oddech. Jego rytm pokrywał się z rytmem kroków i niczym buddyjska mantra prowadził mnie prosto na szczyt. Z tej symetrii kroków i oddechu wytrącił mnie widok sporej, białej tablicy na której duże litery informowały, że wchodzenie na kamienie jest NIEBEZPIECZNE(!). Nagle pytanie, które słyszę tak często od ludzi ciekawych podróży „Ale czy tam jest bezpiecznie?” okazało się pytaniem słusznym i właściwym. Pytaniem, które nabrało nagle znaczenia. Pytaniem, którego już nigdy nie zlekceważę.

Stanąłem twarzą w twarz z metalowym krzyżem od którego ta góra otrzymała swoją nową nazwę. Był idealnie niebieski, wysoki tak bardzo, że jego wierzchołek chował się w niskich chmurach. Na lewo od szczytu stał słup z kolejnymi tablicami. Na jednej z nich widniał napis „Witaj gościu” i poczułem się lepiej. Na innej, ktoś kto podpisywał się tytułem opiekuna miejsca kazał mi pamiętać, że przebywam w świętym miejscu. Ta sama tablica informowała mnie, że nie mogę tu spożywać napoju alkoholowego ani żadnych innych środków odurzających. A ja mimo to czułem się odurzony. Szczęściem, adrenaliną, endorfinami i niskim poziomem tlenu. Wchodziłem przecież bez butli bo jakże mógłbym inaczej.

Wchodziłem też sam. Bez tragarzy. Pogoda przegoniła ich wszystkich spod sklepu, który mijałem w drodze do basecampu i od początku zdany byłem tylko na siebie.

Stałem na szczycie i nawet sobie qwa ogniska nie mogłem rozpalić „bez wcześniejszej zgody opiekuna miejsca”, nie mogłem zwiedzać i hałasować „w trakcie trwających nabożeństw” i nie wolno mi było ranić Jezusa – pisać po jego krzyżu ani się nań wspinać.

Zapisałem ślad GPS i zrobiłem kilka zdjęć by nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że Maciąg kłamie. Że nigdzie nie był. Że to nie był ten właściwy wierzchołek.
Zbierałem się do zejścia i choć musiałem się śpieszyć bo ciemność otaczała mnie coraz gęstsza, a byłem już wyczerpany i musiałem ostrożnie stawiać kolejne kroki.

Pozostawiłem za sobą najwyższą górę Wielkopolski zdobytą w deszczu, samotnie, bez tlenu, mapy i raków. Zrobiłem to na wierze we własne siły i zwykłym, polskim napieraniu.
Udowodniłem niedowiarkom, że Polak wejdzie na każdą górę jeśli tylko chce.

Opublikowano:

Tysiąc Szklanek Herbaty 2.0

A może by tak wydać książkę po raz drugi, ale tym razem o 40 stron grubszą, z nowymi fotografiami a nawet nową okładką? Samemu, ale z WASZĄ POMOCĄ?

——-

„Dla kogoś, kto nie podróżuje, świat wydaje się obcy i groźny. Pełen zbrodni. Nic w tym dziwnego, skoro telewizja i prasa karmią nas codziennie obrazami krwi i cierpienia. Skoro opowiadają jedynie o tragediach i przestępstwach. Media wychowały nas tak, że potrafimy zainteresować się tylko złymi informacjami i mało kto interesuje się czymś, co się udało, czymś dobrym, konstruktywnym. Nauczono nas, że dobre wiadomości są nudne i nie warto się nimi interesować. Nie robi się nam od nich gęsia skórka i nie można o nich dyskutować w pracy.
Dla kogoś, kto nie podróżuje, najważniejszym pytaniem jest: „Czy TAM jest bezpiecznie?”.

A ty rozbijasz namiot wśród obcych ludzi i musisz im zwyczajnie zaufać. Bez wiary w ich dobro podróż byłaby koszmarem. Ciągłym, nieustającym lękiem. Oglądaniem sią za siebie. Gdyby nie ta wiara, czy istniałby jakikolwiek powód, by w ogóle wyjechać? By skonfrontować własną wiedzę zaczerpniętą z mediów z prawdziwym obrazem świata? By wejść do obcego człowieka pod jego dach, usiąść z nim przy tym samym stole i zapytać naiwnie samego siebie, niewinnie, jak pyta tylko dziecko: a cóż to za Obcy? Przecież wszystkim nam chodzi o to samo.”

——-

Książka Tysiąc Szklanek Herbaty powstała kilka lat temu, a w 2012 została wydana przez wydawnictwo Bezdroża.

W międzyczasie dostała nagrodę Travelera od miesięcznika National Geographic i … wyprzedała się co do ostatniej sztuki.

Dzięki niej poznałem nie tylko dziesiątki ludzi spotkanych w drodze, ale i tych tutaj, w Polsce, którym książka stała się bliska. Dzięki niej odwiedziłem nawet Michała Nogasia w Trójce i rozmawialiśmy o książce.

***
Minęło 5 lat i od wielu miesięcy niemal codziennie dostaję e-maile z pytaniem „Panie Robercie, gdzie można kupić książkę? Kiedy będzie dodruk?” Ale dodruku nie będzie, bo dodruk niewielkiej ilości książek nie opłaca się wydawnictwu. Nie znam się na ekonomi, ale im wierzę.

I co zrobilibyście w takiej sytuacji, gdy książka jest potrzebna, a nigdzie jej nie ma?

Ja postanowiłem wydać ją sam.
W pełnej wersji (w pierwszym wydaniu z powodów ekonomicznych nie zmieściło się 40 stron), z nowymi zdjęciami i na pięknym, matowym papierze.

Jednak bez Was tego nie zrobię.
Bez Was jej nadal nie będzie, a ja wciąż będę dostawał te e-maile i wysyłał na nie te same odpowiedzi.

Więcej na WWW.TYSIACSZKLANEKHERBATY.PL

***

Wpiera nas magazyn Kontynenty oraz portal Etnosystem.pl

Opublikowano:

Lendż – stare łodzie na wyspie Keszm w Iranie

W stoczni nie było nikogo. Nie było szkutników, nie hałasowała ani piła ani młotki ani nic co dodawało by życia temu miejscu. Tylko pan Ali, który pilnował wysokiej na 2 piętra drabiny, siedział nieruchomo czekając na nas i na opłatę „co łaska” za wpuszczenie nas na łódź.
Miejsce było wymarłe bo ponoć zbankrutowało bo nikt już nie potrzebuje drewnianych łodzi, którymi setki lat temu podróżowano nawet do Indonezji. Metalowe były tańsze. Szybsze.
Drewniane były drogie. Każda lendż  kosztowała nawet 500.000 Euro bo robione były ręcznie. Z drogiego drewna. W dodatku przez Pakistańczyków, którzy wyjechali do domu bo nie było tu dla nich pracy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie jestem typem wodniaka. Raz w życiu, mając 15 lat, pływałem przez kilka dni na Omedze więc żeglowanie i wszystko co do tego podobne mnie nie rusza, ale fascynuje mnie praca człowieka. Ręczna.Rzemieślnicza.

To co stało pod nami, ogromna łódź, która wszystkim przypominała Arkę Noego, przytłaczała swym ogromem. Te belki, te gwoździe, te dłuuuuugie deski, wygładzone ręcznymi heblami zapierały dech w piersi.

Niemal słyszałem uderzające o nią fale i wiedziałem, że walka z żywiołem, falami, sztormem i prądami to nie mój świat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERACo innego pan Ali.
On był moim światem.
Jego twarz, przekrwione oczy i głębokie zmarszczki.
Tak, to był mój świat.

 

 

 

 

 

 

[Lenj – Qehsm Island, Iran]

Opublikowano:

Trelleborgen czyli warownia Wikingów w Skani

Warownia Trelleborgen powstała „na nowo”, gdy 1980 roku, w miejscu starej cegielni miało powstać osiedle mieszkaniowe.
Nagle, w miękkiej ziemi, odkryto doły po „trelleborg” czyli specjalnie ustawionych palach. (od rodzaju warowni nazwę przejęło dzisiejsze miasto)
Dziś warownie leży w samym sercu osiedla co dodaje wszystkiemu smaczku, patrząc na mury otoczone blokami mieszkalnymi.

Dziś to bardzo fajne miejsce prowadzone przez strasznie pozytywnych ludzi.

 

Opublikowano:

Kamila Kielar opowiada o Pacific Crest Trail

Ostatniego dnia marca tego roku miałem okazję porozmawiać z Kamilą Kielar o jej (wtedy) najbliższej podróży czyli o Pacific Crest Trail, o blogowaniu, o ambicji i kilku innych „drobiazgach”.

Dziś Kamila jest już od DWÓCH miesięcy w drodze więc jeśli ktoś się za nią stęsknił to zapraszam do odsłuchania tego półgodzinnego wywiadu.

Opublikowano:

Zoko, galicyjskie buty

Zoco (wym. „thoko” jak w angielskim „the”) to tradycyjne galicyjskie buty wykorzystywane do pracy w polu, które w latach 70tych zostały wyparte z wiejskiego krajobrazu przez gumowce.
Ale ani nie ceną (która była bardzo podobna), ani nie jakością (która była gorsza), ale wiejskimi kompleksami – noszenie „zoco” stało się nagle symbolem biedy, „wieśniactwa”, ale i pewnego zacofania. W końcu guma była czymś nowoczesnym, czymś wielkomiejskim i czymś z czym kojarzyła się nowoczesność.

Czytaj dalej Zoko, galicyjskie buty

Opublikowano:

Moja historia fotografii :)

Dawno, dawno temu, na pewnym wrocławskim osiedlu, gdy za oknem wciąż był jeszcze Stan Wojenny, siedziałem z ojcem przy powiększalniku i robiłem pierwsze odbitki. Powiększalnik był pożyczony, kuwety (chyba) improwizowane, a czerwona żarówka zrobiona z lampy i jednego z moich zabawkowych kręgli, który robił za „czerwone filtr”. Właśnie wtedy zakochałem się w magii pojawiających się na papierze, czarno białych obrazów.

I ta miłość pozostała mi do dziś, choć nie siedziałem w ciemni od kilku lat. Ostatni raz gdy to robiłem, była to improwizowana ciemna w szkole przy Tottenham Hale w Londynie w której pracowałem i uczyłem dzieciaki jak robić fotografię przy pomocy puszek po koli.

Gdy ktoś mnie pyta „czym robisz zdjęcia?” moja odpowiedź raczej nigdy nikogo nie satysfakcjonuje, bo robię je oczami, instynktem i 20+ latami praktyki. Każdy kto pyta oczekuje odpowiedzi i model aparatu i obiektyw, jakby to garnki gotowały zupę, buty same biegły maratony itd. Ale, te garnki, buty i aparaty zawsze pomagają i bez nich też mało co się zrobi.

Moim pierwszym aparatem był Kiev 4M na filmy małoobrazkowe. Właściwie to był to aparat moje ojca, ale używałem go jak swojego, zanim nie kupiłem swojej własnej Smieny 8M a potem Smieny 8Standard, w której film naciągało się dźwignią jak „w Zenicie” a nie pokrętłem jak w 8M.

Potem był Kiev60 na filmy 6*6 i niezapomniana Minolta X-300, którą zamieniłem, na moją pierwszą cyfrę – Minoltę Dynax 7, w której autofokus (mój pierwszy w życiu!) był tak szybki, że mogłem sobie zrobić w międzyczasie kawę 😉

Kto pamięta moje stare zdjęcia z Pakistanu – to wszystko robione było na slajdach, Minoltą x-300.

Kto pamięta moje zdjęcia z Chin, te z książki „Przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” – to wszystko robione Dynaxem 7.

Po przeskoczeniu na cyfrowe lustrzanki (Nikon D50, Nikon D70, Canon 5D Mk1, Canon 7D i canon 5D Mk2) przyszedł czas na coś na prawdę nowego. Na prawdę, bo to co było do tej pory, to wciąż były aparaty analogowe, tyle tylko, że z matrycą zamiast filmu. Wszystko inne, niewiele (no, po za filmowaniem!) rózniło się od starych aparatów. Zmieniło się medium zapisujące zdjęcia, ale nie technologia. Przynajmniej nie w moim odczuciu.

15258917_1259108180826871_3426623169010597888_n

I nagle, niespodziewanie, wpadł mi w ręce Olympus OM-D E-M5 Mark II i zakochałem się w tym aparacie kompletnie. Zrobiłem nim kilkaset zdjęć w Iranie i chciałem go mieć. Musiałem. Nagle ISO 2500 było czarne i bez szumu, autofokus, ultraszybki autofokus, dostępny był jak w smartfonie – z poziomu dotykowego ekranu co na ulicy świetnie zdawało egzamin. Mogłem, po raz pierwszy w moim życiu, obsługiwać aparat telefonem robiąc zdjęcia na długiej ekspozycji fotografując biczujących się Irańczyków w półciemnym meczecie.

15035812_1216747205078303_552660526040088576_nTo już nie był kolejny aparat jaki znałem, w którym zmieniła się ilość pikseli i szybkość autofokusa. To już była zupełnie nowa jakość. Zupełnie nowe, ultraszybkie, niewielkie i bardzo wygodne narzędzie.

Jedyne czego musiałem się nauczyć od nowa, to ergonomia, ale po dwóch tygodniach znałem już każdy przycisk bez odrywania oczu od wizjera.

I tak, po cichu, zostałem kolejnym ambasadorem Olympusa.

No kto by pomyślał 😉

Opublikowano:

Ile trzeba skopiować by był to już plagiat?

Trafiłem kiedyś na reportaż Marcina Gienieczki o Pamirze. Koleżanka zwróciła mi na coś uwagę … ale o tym za chwilę

Od tamtego czasu dręczy mnie pytanie czym jest plagiat i kiedy się zaczyna?

Nie, nie mówię tu o rzeczach tak oczywistych jak przepisywanie całych stron i akapitów, ale o drobnych, niekiedy pięknych zdaniach?

Czy pisząc „Indie, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” muszę dopisać, że „jak powiedział by Mickiewicz” czy to tak oczywista parafraza, że każdy ją rozpozna?

Czy pisząc „Murgob z sześcioma tysiącami mieszkańców był dziurą na skrzyżowaniu nierównej żwirówki zwanej Pamir Highway” w swoim tekście o Pamirze, kopiując słowo w słowo ze Stasiuka, zmieniając jedynie jego „wyboistej” na moje „nierównej” to już plagiat?

Nie wiem, nie znam się na prawie, ale znam się na pisarskiej moralności i wiem też jak czasami trudno pozbyć się czyjegoś pięknego zdania z głowy.

Czy zatem, Marcin Gienieczko, opisując swój przejazd przez Pamir w 2008 roku, przepisując kilka zdań z Kapuścińskiego zrobił coś nie tak?

kapuscinski-gienieczko1

Marcin Gienieczko usunął już ten wpis, ale od czego jest Internet Archive:

https://web.archive.org/web/20160914073615/http://www.gienieczko.pl/reportaz/?id=7

kapuscinski-gienieczko2

Czy jest to plagiat, czy jest to za mało? Jeśli tak nie jest – to co to jest?

Bo ja czuję, że wiem, ale …

Opublikowano:

Kabrestan-e Lachestan

Polski cmentarz, leży przy drodze nr 94 „Anzali – Rezvanshahr”, w centrum miasta, obok ronda, na przeciw restauracji Kababie Baraan. Za wysokim, białym murem, pod którym postawiono kilka ławek dla spacerowiczów.
Ale polski turysta nie musi tego wiedzieć. Polskiemu turyście wystarczy, że zatrzyma taksówkę i powie kabrestan-e Lachestan a każdy kierowca będzie już wiedział dokąd jechać.

Główna brama będzie zamknięta, ale po lewej stronie, na końcu muru, jest i furtka i domofon. Za furtką mieszka Derus, opiekun. Człowiek, który kosi tu trawę i zamiata sosnowe igły.
Człowiek, który Was tu wpuści i pewnie poprosi o kilka dodatkowych groszy za swoją pracę.
Nie, Derus nie mówi po angielsku czy polsku. Derus mówi po persku i azersku, ale potrafi ruchem ręki pokazać cmentarz, siebie a jednoznacznym gestem – koszenie trawy.

Turysta znajdzie tu niemal 700 grobów. Skromnych, betonowych nagrobków. Bez chryzantem, bez świeczek. Ustawionych w równych, wojskowych szeregach. Grobów strzelców, kaprali, kilku letnich dzieci i młodych kobiet. Znajdzie tu grobową ciszę.

Ale skąd wzięło się tutaj prawie 700 polskich grobów?

To proste. Była wojna. A my byliśmy uchodźcami.
Od kwietnia do czerwca 1942 roku, przypłynęło tu ponad 100 tysięcy naszych. Anzali było gotowe na kilka tysięcy tygodniowo. Przypływało ich kilka tysięcy dziennie.
Anzali było gotowe na żołnierzy. Generał Anders ładował na statki kogo się tylko dało.
Zjeżdżali się pociągami do Krasnowodzka czyli dzisiejszego Turkmenbasza. Wypływali na morze statkami i barkami. Wypełniali sobą każdą przestrzeń. Cały pokład. Od burty do burty. Zatłoczone były prześwity wentylacyjne, łodzie i luki pod łodziami ratunkowymi, nie mówiąc już o każdym zakamarku pod pokładem a nawet maszynownie.
Morze, było wciąż bezpieczniejsze niż ląd. Po prostu.

„Na środku statku była ubikacja, do której ustawiała się bardzo długa kolejka. Jeżeli ktoś z niej wychodził to od razu stawał na jej końcu. Osoby, które nie miały sił załatwiały swoje potrzeby wprost z krawędzi statku.”

I to właśnie dlatego tyle dzieci i starców wypadło za burtę.
Na zawsze.

Dumałem nad tym wszystkim popijając herbatę i podjadając irańskie haribo i całkiem dobre czekoladki. Obok nas, po naszej lewej, stał Hotel Dolphin. Mniej więcej tutaj kończyły się obóz 3 i obóz 4.
Na plaży pełnej śmieci, zielonych glonów i muszelek (które co biedniejsi ludzie zbierają jako dodatek do paszy dla kur) irańskie rodziny spacerowały zadowolone z życia i wolnego dnia. Młodzi robili sobie selfi a co odważniejsze dziewczyny wchodziły do wody po kolana, nielegalnie je odsłaniając.
Próbowałem sobie wyobrazić 3 kilometrowy obóz, który zbudowano na szybko na plaży. Obóz w którym ludzie spali na piasku przykryci kocami i umierali nie tylko z powodu malarii, wyczerpania i wszelkich chorób, ale także z przejedzenia.

cmentarz-anzali-02

cmentarz-anzali-03

cmentarz-anzali-04

cmentarz-anzali-05

cmentarz-anzali-06

Opublikowano:

Uśmiechnięte oczy Syryjczyka

Nie, nie jestem jakimś „lewackim przyjacielem muzułmanów”. Nie jestem ksenofilem, nie jestem nawet pewien o co dokładnie w tym wszystkim chodzi. Nie wiem dlaczego wielkie kraje Półwyspu Arabskiego nie pomagają Syryjczykom. Nie wiem nawet ilu, spośród tych tłumów widzianych w telewizji to Syryjczycy. Wiem za to, że lubię ludzi, których da się lubić, a brzydzę się tymi, którymi trzeba. Bez względu na rasę, religię i ilość przypraw w herbacie.
Ale opowiem Wam historię o ludziach, o których ostatnio wszyscy mają jakieś zdanie. Większość z nich, nie znając ani jednego osobiście.
I nie, nikogo do niczego nie przekonuję.

 

Próbowaliśmy wyjść z domu Ibrachima od kilkunastu minut, ale trudno było tak po prostu nie dopić herbaty, wstać i wyjść. Można było oczywiście szybko odstawić pustą szklankę i grzecznie powiedzieć „Do widzenia”, ale Ibrachim był szybszy niż to nasze dopijanie. Gdy tylko któraś szklanka zrobiła się pusta, szybkim, zwinnym ruchem dolewał czarnego czaju z metalowego czajnika. Tym bardziej, że oprócz jego matki, żony, wujka i gromadki dzieci siedzieli z nami jego kumple. Co najmniej ośmiu. Każdy rozmowny. Uśmiechnięty. Nie zwracający uwagi na takie drobiazgi jak upał czy brak wspólnego języka w gębie.
Szklanki były niewielkie, z grubego szkła i co chwilę, znów pełne.
Na koniec, już spakowani, z rowerami pod sobą dowiedzieliśmy się, że zanim wyjedziemy musimy jeszcze odwiedzić rodziny jego kolegów. Tych samych ośmiu, którzy pili z nami herbatę.
– Ale my musimy jechać dalej – tłumaczyliśmy się głupio.
– A daleko do tych Chin? – Zapytał Ibrachim
– No, tak jeszcze z sześć miesięcy drogi.
– No to powodzenia i nigdzie się nie zatrzymujcie!

I nie zatrzymywaliśmy się wcale, ale tylko do następnej wsi, gdzie starszy pan, w wyjątkowo grubych okularach, zwyczajnie kazał nam się zatrzymać i napić z nim kawy.

Była wiosna 2010 roku a my byliśmy w drodze do Chin. Na ulicach syryjskich miast i wiosek plakaty i murale przypominały wszystkim kto rządzi tym krajem. Z każdego niemal samochodu spoglądał na nas portret prezydenta Assada. Niewielka, czarno biała nakleja wąsatego prezydenta w dużych, przeciwsłonecznych, lotniczych okularach spoglądała na nas z większości samochodów. Po kilku dniach, taka sama, pojawiła się na torbie na kierownice naszego angielskiego kumpla. Nakleił ją od strony roweru, bo jak sam stwierdził, nigdy nie było wiadomo kogo się spotka. Wszystko miało być tylko etapem na Jedwabnym Szlaku. Mieliśmy przejechać przez ten kraj, zobaczyć zabytki, najeść się smakołyków i pojechać dalej. Nikt nam przecież nie mówił, że z Arabami nie będzie tak łatwo. Że ciągle będą nas wciągać w rozmowy, karmić i przekonywać, że „dziś już za gorąco” żebyśmy jechali dalej.

Kawa mogła być powodem by przybiegł do nas nauczyciel angielskiego, w dodatku dyrektor szkoły i spędzić z nami „tylko pół godzinki” zostawiając szkołę samą sobie a lekcję wciskając komuś jako zastępstwo. Musieliśmy nauczyć się dziękować, wstawać i jechać dalej bez oglądania się za siebie. Gdybyśmy machali za długo na pożegnanie, nasze serca pewnie by miękły od tych ich spojrzeń i zaproszeń i pewnie musieli byśmy zostać na kolejną szklankę herbaty i nigdy do tych Chin byśmy nie dojechali.
Innym znów razem, chcieliśmy tylko rozbić namiot, ugotować coś szybko, iść spać i uciekać z samego rana. Mieliśmy plan, który (powinniśmy wiedzieć!) nie miał najmniejszych szans na powodzenie. Zamiast gotowania było zaproszenie na obiad. Zamiast szybkiej ucieczki w sen była kolacja rodzinna na „ośmiu braci z synami, ale bez żon”. Było rysowanie drzew genealogicznych i tłumaczenie kto jest bratem z której matki i ile kto ma dzieci. Drzewo rosło niczym matematyczny graf, ale brakowało mu rozgałęzień przy siostrach. Zwyczajnie, nikt nie wiedział co się z nimi działo po ślubie. Ile mają dzieci i którą żoną przyszło im być w nowej rodzinie.

Arabowie świetnie bawili się przy herbacie i papierosach. Ciekawe jak by się bawili gdyby jeszcze dostali po lampce wina.
– A ty ile masz żon? – zapytał wesołek
– Jedną – odpowiedziałem.
– A widzisz! My możemy mieć i cztery – odpowiedział dumnie i szybko przetłumaczył reszcie braci.
– Wiesz, powiedziałem uśmiechnięty. Tylko jedna żona to tylko jeden problem.
– Salwa śmiechu, która wtedy nastąpiła zdradziła mi tylko, że każdy z nich mówił coś po angielsku, ale nie każdy miał odwagę się odezwać.
Raz nie doceniliśmy gościnności i doprowadziliśmy niemal do wiejskiego incydentu. Było to właśnie wtedy, gdy policja od eskortowała nas na noc do swojego kumpla. Nam było bez różnicy czy będziemy spać na pustyni czy u kogoś pod domem, ale policjanci szybko nam wytłumaczyli, że jeżeli na pustyni, to oni muszą spać obok, w samochodzie, a jeżeli u ich znajomego, to on się nami zaopiekuje, a oni pojadą do domu.
Postanowiliśmy być dla nich mili a nocleg na pustyni zostawiliśmy sobie na inny raz.
We wsi, ten ich kolega, miał dom przy samej drodze. Nie wiedząc do końca co czynimy, poszliśmy pod najdalszy dom i tam, ku zdziwieniu wszystkich, rozbiliśmy namioty. Hadży Ismail, nasz najbliższy sąsiad, przyniósł nam kilka dywaników byśmy nie musieli siedzieć na ziemi, a policyjny kolega przyszedł nas przekonywać o naszym strasznym błędzie.
Nie pomagało tłumaczenie, że Ismail nie zna angielskiego, ani że Ismail nie ma „przepływowego ekspresu do kawy z Niemiec”. Ostatecznie, ten Policyjny Kolega się poddał. Obiecał na odchodnym, że policja już za nami nie będzie jeździła i że wcale się nie obraził. Nam ulżyło, bo kilka minut wcześniej straszył nas, że obrażamy jego dom i rodzinę „śpiąc w namiocie tak daleko od jego domu”. Policja pojawiała się już tylko w postaci posterunków i nikt już za nami nie jechał. Nikt nie musiał się męczyć jadąc klimatyzowaną toyotą, 17 km/h w monotonnym krajobrazie.
Następnego dnia nadeszła pustynna mgła. Powietrze wypełniło się drobinami beżowego pyłu. Pył oblepiał kolejne kawałki naszych ubrań i zmarszczek na twarzy, a właściciel hotelu w którym przyszło nam spać prosił byśmy uważali na nowy dywan w pokoju i od razu szli pod prysznic. Najlepiej razem z sakwami.

Cała ta arabska gościnność, nie była tylko domeną zwykłych ludzi. Nawet policja miała swoje pięć minut choć wcale o nie prosiliśmy, ale przecież policji się nie odmawia. Zwłaszcza w kraju rządzonym twardą ręką. Pierwszy raz było to niewinne internowanie na posterunku niedaleko Homs.

Jechaliśmy wtedy leniwie przez jakąś wioskę, gdy na skraju drogi, obok jakiegoś urzędu (posterunku policji, którego nie rozpoznaliśmy bo niby jak), stanął facet w ciemnych okularach a’la Pan Prezydent i skórzanej kurtce i zaczął na nas machać. Zwyczajnie zatrzymalibyśmy się z nadzieją, że oto znów przyjdzie nam napić się kawy, ale akurat byliśmy opici po wizycie w poprzedniej wsi. Krótko mówiąc – zignorowaliśmy go i pojechaliśmy dalej machając przyjaźnie. Nagle, ten sam facet, pojawił się obok nas na motorze i kazał nam się zatrzymać. Dopóki nie powiedział nam, że jest z policji i MAMY JECHAĆ ZA NIM nie braliśmy go na poważnie.

Na posterunku opiliśmy się za to herbaty i to do granic możliwości, przesiedzieliśmy kilka godzin głupio pytając „ale o co chodzi”, po czym, jak zawsze z rozbrajającym uśmiechem, straszy pan – komendant, kazał nam przetłumaczyć, że wszystko jest ok i że możemy jechać. Czy zajechaliśmy gdzieś gdzie nie mogliśmy do końca przebywać, czy też drogą jechał ktoś kogo nie powinniśmy widzieć pozostanie dla nas tajemnicą.
Drugi raz, zanim policja okazała się policją a nie tylko jakimiś facetami śledzącymi nas na motorach wystraszyliśmy się na dobre. Gdy już wszystko się wyjaśniło pozwolili nam nawet rozbić namioty w miejskim parku i kazali, tak kazali, być gotowym do wyjazdu „najpóźniej o siódmej rano”. Trawa w parku było pięknie gęsta i miękka, ale zanim zasnęliśmy na dobre, policja, ale ta mundurowa kazała nam się zwijać bo ta nie mundurowa nie raczyła ich o nas poinformować.
O wszystkim wiedział co prawda jegomość, który parku pilnował, ale mundurowi nie widzieli sensu go o cokolwiek pytać.
Na szczęście my poprosiliśmy ich o to, a oni grzecznie posłuchali. Cieć potwierdził, oni przeprosili, my szybko zasnęliśmy, a o siódmej byliśmy już gotowi do wyjazdu. Eskorta też była.
A upał kleił nam się do opon. Musieliśmy zrobić codzienną przerwę na przetrwanie samego południa i tym razem wypadło na wiatę autobusową. Ulica była kompletnie pusta. Nikt nią nie jechał, nikt nie spacerował. Nawet z domów, tych grubościennych, bunkrowatych, obsadzonych niewielkimi topolami domów, nie dochodziły absolutnie żadne dźwięki. Było kompletnie pusto i kompletnie cicho. Właśnie w momencie, gdy wpadaliśmy w drzemkę, z domu na przeciwko przyszedł chłopak niosąc nam jakieś owoce, butelkę lodowatej wody i … jakby szkolną wersję Koranu. Po angielsku.
Owoce i woda była na teraz, a Koran na drogę. Miał być prezentem. Czymś do zabrania ze sobą i poczytania w trudnych chwilach.
Przynajmniej tak, bardzo płynną, choć łamaną angielszczyzną wytłumaczył nam to ten nastolatek.

Rowery kręciły jak szalone. Najlepiej o czwartej, piątej nad ranem, gdy było jeszcze chłodno. Wiał lekki wiaterek, który jeszcze nie przypominał podmuchów niczym z pieca, ruch samochodowy praktycznie nie istniał. Panowała cisza, wypełniana szumem opon i wyschniętych łańcuchów.

Pędziliśmy jak najszybciej umieliśmy, by połknąć jak najwięcej kilometrów do południa. Gdy brakowało nam wody ratowali nas kierowcy. Gdy przez dłuższy czas nie było kierowców – szukaliśmy wody w meczetach w mijanych wioskach.
Piękny to był czas choć krajobrazowo nudny. Wszystko co nas otaczało to beżowy żwir, ale dzięki temu można było skupić się na sobie. Przetrawić wszystkie spotkania. Wspomnieć kilku ludzi.
Gdy po wodę podjechaliśmy do obozu Beduinów, nie zdążyliśmy nawet dobrze zsiąść z rowerów gdy wysoki, wąsaty facet z piękną kefiją na głowie wręczał nam miseczkę z wodą. Opiliśmy się, napełniliśmy butelki i wciąż jeszcze nikt nie zdążył powiedzieć nawet słowa. No może poza assalam alejkum.

I nikt nie pytał o naszą religię ani o  kraj z którego pochodziliśmy.

Byliśmy na pustyni i wszyscy dobrze wiedzieli po co do nich zajechaliśmy. Przecież nie po to by porozmawiać o pogodzie. Albo historii sztuki. We wszelkich kontaktach nikt nie był jeszcze zniszczony pieniędzmi i wypatrywaniem turysty-portfela. Nie mógł bo i turystów nie było tu żadnych. Byliśmy co prawda my, ale my byliśmy tu gośćmi, których trzeba było nakarmić i wypytać o wszystko co możliwe. Na przykład o to co wiemy o sytuacji w Strefie Gazy, co nasza telewizja opowiada o wojnie i czy jest ktoś w Polsce, kto lubi Al Jazeerę.

Zakochuję się w świecie wcale nie dlatego, że ludzie których do siebie przyciągam są dla mnie mili i życzliwi. Wcale nie dlatego, że niektóre krajobrazy powalają mnie na kolana, ale za to co dzieje się we mnie.
Za uczucia jakie rodzą się wtedy w moim sercu.
Arabowie byli dla nas życzliwi, przemili, przyjaźni i wciąż i wciąż pomocni. Dla mnie najpiękniejsze było jednak to, że ja mogłem być dla nich dokładnie taki sam. Dawali mi przestrzeń, która mogłem wypełnić tym co we mnie najlepsze.
A przecież był to kraj Arabów. Mieli na nas napadać, mieli nas nienawidzić i nawracać na jedyną słuszną religię.
Zamiast tego poili nas herbatą, karmili, przygarniali pod dach i ciągle się uśmiechali.

I tylko ta zapadająca cisza, gdy tajniak wchodził do domu by się dowiedzieć dlaczego nie jedziemy dalej, była wstrętna. W swej naiwności, nawet przez myśl nam nie przeszło, że była to cisza przed ogromną burzą. Burzą tak ogromną, że miała nam się odbić czkawką w całej Europie i naszej Polsce.

Czytaj dalej Uśmiechnięte oczy Syryjczyka