Opublikowano:

Tysiąc Szklanek Herbaty (w eBooku, za free)

Cześć, znacie już drugie wydanie Tysiąca Szklanek Herbaty?

Wiem, że kilkaset osób już zna i strrrrasznie mnie to cieszy, bo Wasze czytanie dodaje skrzydeł i zachęca do dalszego pisania. Może brzmi to banalnie, ale tak właśnie jest. Bez czytania nie było by pisania.

„Nieodwrotnie”.

 

Dziś, z okazji nie-okazji chcę Wam oddać >>gruby fragment eBooka<< książki. W prezencie. Może przekona Was do całości.

Opublikowano:

W Pakistanie wybiła właśnie 19:35

W Pakistanie wybiła właśnie 19:35

Na moim, nieprzestawionym zegarku, wskazówki wciąż pokazywały ten sam czas jaki panował w domu. Ten sam jaki pokazywały wszystkie zegary w domu za ciepłem i wygoda którego tak nagle tęskniłem.
W domu, po którym krzątali się bliscy mi ludzie a na parapecie rosły, podlewane nie-przeze-mnie aloes i bazylia.

Tu gdzie stałem – siąpiło. W basecampie pogoda załamała się dwa dni wcześniej i po śniegu nie pozostał nawet ślad. Szybko okazało się, że raki nie przydadzą mi się do niczego tak samo jak czekan i lina, którą i tak nie miałem się z kim związać. Wszędzie dookoła było szaro. Chmury zeszły tak nisko, że z miejsca w którym stałem nie było widać szczytu choć dzieliło mnie od niego tylko kilkadziesiąt kroków. Słońce zaszło już dawno. Nie tyle za horyzont, co za chmury, które już od rana spowiły każdy kawałek nieba.

Wszystko co zbędne zostawiłem w najwyższym obozie i ruszyłem do ataku szczytowego. Jeżeli chciałem zdążyć przez zapadnięciem zmroku musiałem dać z siebie wszystko i zwyczajnie się śpieszyć.
Najpierw musiałem jednak przejść przez wielką, drewnianą bramę. To lokalni mieszkańcy ją tu postawili by odgrodzić teren świętej dla nich góry od całego zewnętrznego świata. Nikogo z nich tu jednak nie spotkałem. Nikogo oprócz starszej pani, którą minąłem gdy szła samotnie drogą, ubrana w ciężki, przeciwdeszczowy płaszcz, niebieską spódnicę i chustkę, która dokładnie przykrywała jej włosy. Widok tej chustki trochę mnie zdziwił, gdyż miejscowi znani byli ze swych zdecydowanych i niepochlebnych opinii o ludziach mieszkających na wschód od ich ziem i ich obyczaju noszenia chust, ale widocznie ich własne im tak bardzo nie przeszkadzały.
Nie był to z resztą widok codzienny, ale wciąż i u nich zdarzały się przypadki takich kobiet.

Górę przysłaniał mi sosnowy las. Na szczęście nie było tu błota, którego tak się obawiałem a twarda piaszczysta droga. Nazwa góry, historycznie i na wszystkich dostępnych mi mapach, pochodziła od konia. Dokładnie od jego samicy. Teraz jednak, za sprawą olbrzymiej, metalowej konstrukcji umieszczonej na jej szczycie, lokalna społeczność nazywała ją po swojemu. Zupełnie inaczej. Nijak niepodobnie do jej oficjalnej nazwy. Zgodnie ze swoją wiarą. Tak jak i w innych miejscach świata, religia, podobnie jak wszystkie inne, przejęła pod posiadanie kolejne miejsce górujące nad horyzontem.

Po drodze, przy miejscu kultu, minąłem olbrzymi portret człowieka, w którego zmartwychwstanie wierzyli. Patrzył na mnie a napis-deklaracja jego wyznawców o wiecznym zaufaniu dodała mi tak potrzebnego spokoju.
Robiło się coraz ciemniej i chyba potrzebowałem tego spokoju.

Szczelnie opatulony w kurtkę, słyszałem tylko swój własny oddech. Jego rytm pokrywał się z rytmem kroków i niczym buddyjska mantra prowadził mnie prosto na szczyt. Z tej symetrii kroków i oddechu wytrącił mnie widok sporej, białej tablicy na której duże litery informowały, że wchodzenie na kamienie jest NIEBEZPIECZNE(!). Nagle pytanie, które słyszę tak często od ludzi ciekawych podróży „Ale czy tam jest bezpiecznie?” okazało się pytaniem słusznym i właściwym. Pytaniem, które nabrało nagle znaczenia. Pytaniem, którego już nigdy nie zlekceważę.

Stanąłem twarzą w twarz z metalowym krzyżem od którego ta góra otrzymała swoją nową nazwę. Był idealnie niebieski, wysoki tak bardzo, że jego wierzchołek chował się w niskich chmurach. Na lewo od szczytu stał słup z kolejnymi tablicami. Na jednej z nich widniał napis „Witaj gościu” i poczułem się lepiej. Na innej, ktoś kto podpisywał się tytułem opiekuna miejsca kazał mi pamiętać, że przebywam w świętym miejscu. Ta sama tablica informowała mnie, że nie mogę tu spożywać napoju alkoholowego ani żadnych innych środków odurzających. A ja mimo to czułem się odurzony. Szczęściem, adrenaliną, endorfinami i niskim poziomem tlenu. Wchodziłem przecież bez butli bo jakże mógłbym inaczej.

Wchodziłem też sam. Bez tragarzy. Pogoda przegoniła ich wszystkich spod sklepu, który mijałem w drodze do basecampu i od początku zdany byłem tylko na siebie.

Stałem na szczycie i nawet sobie qwa ogniska nie mogłem rozpalić „bez wcześniejszej zgody opiekuna miejsca”, nie mogłem zwiedzać i hałasować „w trakcie trwających nabożeństw” i nie wolno mi było ranić Jezusa – pisać po jego krzyżu ani się nań wspinać.

Zapisałem ślad GPS i zrobiłem kilka zdjęć by nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że Maciąg kłamie. Że nigdzie nie był. Że to nie był ten właściwy wierzchołek.
Zbierałem się do zejścia i choć musiałem się śpieszyć bo ciemność otaczała mnie coraz gęstsza, a byłem już wyczerpany i musiałem ostrożnie stawiać kolejne kroki.

Pozostawiłem za sobą najwyższą górę Wielkopolski zdobytą w deszczu, samotnie, bez tlenu, mapy i raków. Zrobiłem to na wierze we własne siły i zwykłym, polskim napieraniu.
Udowodniłem niedowiarkom, że Polak wejdzie na każdą górę jeśli tylko chce.

Opublikowano:

Tysiąc Szklanek Herbaty 2.0

A może by tak wydać książkę po raz drugi, ale tym razem o 40 stron grubszą, z nowymi fotografiami a nawet nową okładką? Samemu, ale z WASZĄ POMOCĄ?

——-

„Dla kogoś, kto nie podróżuje, świat wydaje się obcy i groźny. Pełen zbrodni. Nic w tym dziwnego, skoro telewizja i prasa karmią nas codziennie obrazami krwi i cierpienia. Skoro opowiadają jedynie o tragediach i przestępstwach. Media wychowały nas tak, że potrafimy zainteresować się tylko złymi informacjami i mało kto interesuje się czymś, co się udało, czymś dobrym, konstruktywnym. Nauczono nas, że dobre wiadomości są nudne i nie warto się nimi interesować. Nie robi się nam od nich gęsia skórka i nie można o nich dyskutować w pracy.
Dla kogoś, kto nie podróżuje, najważniejszym pytaniem jest: „Czy TAM jest bezpiecznie?”.

A ty rozbijasz namiot wśród obcych ludzi i musisz im zwyczajnie zaufać. Bez wiary w ich dobro podróż byłaby koszmarem. Ciągłym, nieustającym lękiem. Oglądaniem sią za siebie. Gdyby nie ta wiara, czy istniałby jakikolwiek powód, by w ogóle wyjechać? By skonfrontować własną wiedzę zaczerpniętą z mediów z prawdziwym obrazem świata? By wejść do obcego człowieka pod jego dach, usiąść z nim przy tym samym stole i zapytać naiwnie samego siebie, niewinnie, jak pyta tylko dziecko: a cóż to za Obcy? Przecież wszystkim nam chodzi o to samo.”

——-

Książka Tysiąc Szklanek Herbaty powstała kilka lat temu, a w 2012 została wydana przez wydawnictwo Bezdroża.

W międzyczasie dostała nagrodę Travelera od miesięcznika National Geographic i … wyprzedała się co do ostatniej sztuki.

Dzięki niej poznałem nie tylko dziesiątki ludzi spotkanych w drodze, ale i tych tutaj, w Polsce, którym książka stała się bliska. Dzięki niej odwiedziłem nawet Michała Nogasia w Trójce i rozmawialiśmy o książce.

***
Minęło 5 lat i od wielu miesięcy niemal codziennie dostaję e-maile z pytaniem „Panie Robercie, gdzie można kupić książkę? Kiedy będzie dodruk?” Ale dodruku nie będzie, bo dodruk niewielkiej ilości książek nie opłaca się wydawnictwu. Nie znam się na ekonomi, ale im wierzę.

I co zrobilibyście w takiej sytuacji, gdy książka jest potrzebna, a nigdzie jej nie ma?

Ja postanowiłem wydać ją sam.
W pełnej wersji (w pierwszym wydaniu z powodów ekonomicznych nie zmieściło się 40 stron), z nowymi zdjęciami i na pięknym, matowym papierze.

Jednak bez Was tego nie zrobię.
Bez Was jej nadal nie będzie, a ja wciąż będę dostawał te e-maile i wysyłał na nie te same odpowiedzi.

Więcej na WWW.TYSIACSZKLANEKHERBATY.PL

***

Wpiera nas magazyn Kontynenty oraz portal Etnosystem.pl

Opublikowano:

Lendż – stare łodzie na wyspie Keszm w Iranie

W stoczni nie było nikogo. Nie było szkutników, nie hałasowała ani piła ani młotki ani nic co dodawało by życia temu miejscu. Tylko pan Ali, który pilnował wysokiej na 2 piętra drabiny, siedział nieruchomo czekając na nas i na opłatę „co łaska” za wpuszczenie nas na łódź.
Miejsce było wymarłe bo ponoć zbankrutowało bo nikt już nie potrzebuje drewnianych łodzi, którymi setki lat temu podróżowano nawet do Indonezji. Metalowe były tańsze. Szybsze.
Drewniane były drogie. Każda lendż  kosztowała nawet 500.000 Euro bo robione były ręcznie. Z drogiego drewna. W dodatku przez Pakistańczyków, którzy wyjechali do domu bo nie było tu dla nich pracy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie jestem typem wodniaka. Raz w życiu, mając 15 lat, pływałem przez kilka dni na Omedze więc żeglowanie i wszystko co do tego podobne mnie nie rusza, ale fascynuje mnie praca człowieka. Ręczna.Rzemieślnicza.

To co stało pod nami, ogromna łódź, która wszystkim przypominała Arkę Noego, przytłaczała swym ogromem. Te belki, te gwoździe, te dłuuuuugie deski, wygładzone ręcznymi heblami zapierały dech w piersi.

Niemal słyszałem uderzające o nią fale i wiedziałem, że walka z żywiołem, falami, sztormem i prądami to nie mój świat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERACo innego pan Ali.
On był moim światem.
Jego twarz, przekrwione oczy i głębokie zmarszczki.
Tak, to był mój świat.

 

 

 

 

 

 

[Lenj – Qehsm Island, Iran]

Opublikowano:

Trelleborgen czyli warownia Wikingów w Skani

Warownia Trelleborgen powstała „na nowo”, gdy 1980 roku, w miejscu starej cegielni miało powstać osiedle mieszkaniowe.
Nagle, w miękkiej ziemi, odkryto doły po „trelleborg” czyli specjalnie ustawionych palach. (od rodzaju warowni nazwę przejęło dzisiejsze miasto)
Dziś warownie leży w samym sercu osiedla co dodaje wszystkiemu smaczku, patrząc na mury otoczone blokami mieszkalnymi.

Dziś to bardzo fajne miejsce prowadzone przez strasznie pozytywnych ludzi.

 

Opublikowano:

Kamila Kielar opowiada o Pacific Crest Trail

Ostatniego dnia marca tego roku miałem okazję porozmawiać z Kamilą Kielar o jej (wtedy) najbliższej podróży czyli o Pacific Crest Trail, o blogowaniu, o ambicji i kilku innych „drobiazgach”.

Dziś Kamila jest już od DWÓCH miesięcy w drodze więc jeśli ktoś się za nią stęsknił to zapraszam do odsłuchania tego półgodzinnego wywiadu.

Opublikowano:

Zoko, galicyjskie buty

Zoco (wym. „thoko” jak w angielskim „the”) to tradycyjne galicyjskie buty wykorzystywane do pracy w polu, które w latach 70tych zostały wyparte z wiejskiego krajobrazu przez gumowce.
Ale ani nie ceną (która była bardzo podobna), ani nie jakością (która była gorsza), ale wiejskimi kompleksami – noszenie „zoco” stało się nagle symbolem biedy, „wieśniactwa”, ale i pewnego zacofania. W końcu guma była czymś nowoczesnym, czymś wielkomiejskim i czymś z czym kojarzyła się nowoczesność.

Czytaj dalej Zoko, galicyjskie buty

Opublikowano:

Moja historia fotografii :)

Dawno, dawno temu, na pewnym wrocławskim osiedlu, gdy za oknem wciąż był jeszcze Stan Wojenny, siedziałem z ojcem przy powiększalniku i robiłem pierwsze odbitki. Powiększalnik był pożyczony, kuwety (chyba) improwizowane, a czerwona żarówka zrobiona z lampy i jednego z moich zabawkowych kręgli, który robił za „czerwone filtr”. Właśnie wtedy zakochałem się w magii pojawiających się na papierze, czarno białych obrazów.

I ta miłość pozostała mi do dziś, choć nie siedziałem w ciemni od kilku lat. Ostatni raz gdy to robiłem, była to improwizowana ciemna w szkole przy Tottenham Hale w Londynie w której pracowałem i uczyłem dzieciaki jak robić fotografię przy pomocy puszek po koli.

Gdy ktoś mnie pyta „czym robisz zdjęcia?” moja odpowiedź raczej nigdy nikogo nie satysfakcjonuje, bo robię je oczami, instynktem i 20+ latami praktyki. Każdy kto pyta oczekuje odpowiedzi i model aparatu i obiektyw, jakby to garnki gotowały zupę, buty same biegły maratony itd. Ale, te garnki, buty i aparaty zawsze pomagają i bez nich też mało co się zrobi.

Moim pierwszym aparatem był Kiev 4M na filmy małoobrazkowe. Właściwie to był to aparat moje ojca, ale używałem go jak swojego, zanim nie kupiłem swojej własnej Smieny 8M a potem Smieny 8Standard, w której film naciągało się dźwignią jak „w Zenicie” a nie pokrętłem jak w 8M.

Potem był Kiev60 na filmy 6*6 i niezapomniana Minolta X-300, którą zamieniłem, na moją pierwszą cyfrę – Minoltę Dynax 7, w której autofokus (mój pierwszy w życiu!) był tak szybki, że mogłem sobie zrobić w międzyczasie kawę 😉

Kto pamięta moje stare zdjęcia z Pakistanu – to wszystko robione było na slajdach, Minoltą x-300.

Kto pamięta moje zdjęcia z Chin, te z książki „Przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” – to wszystko robione Dynaxem 7.

Po przeskoczeniu na cyfrowe lustrzanki (Nikon D50, Nikon D70, Canon 5D Mk1, Canon 7D i canon 5D Mk2) przyszedł czas na coś na prawdę nowego. Na prawdę, bo to co było do tej pory, to wciąż były aparaty analogowe, tyle tylko, że z matrycą zamiast filmu. Wszystko inne, niewiele (no, po za filmowaniem!) rózniło się od starych aparatów. Zmieniło się medium zapisujące zdjęcia, ale nie technologia. Przynajmniej nie w moim odczuciu.

15258917_1259108180826871_3426623169010597888_n

I nagle, niespodziewanie, wpadł mi w ręce Olympus OM-D E-M5 Mark II i zakochałem się w tym aparacie kompletnie. Zrobiłem nim kilkaset zdjęć w Iranie i chciałem go mieć. Musiałem. Nagle ISO 2500 było czarne i bez szumu, autofokus, ultraszybki autofokus, dostępny był jak w smartfonie – z poziomu dotykowego ekranu co na ulicy świetnie zdawało egzamin. Mogłem, po raz pierwszy w moim życiu, obsługiwać aparat telefonem robiąc zdjęcia na długiej ekspozycji fotografując biczujących się Irańczyków w półciemnym meczecie.

15035812_1216747205078303_552660526040088576_nTo już nie był kolejny aparat jaki znałem, w którym zmieniła się ilość pikseli i szybkość autofokusa. To już była zupełnie nowa jakość. Zupełnie nowe, ultraszybkie, niewielkie i bardzo wygodne narzędzie.

Jedyne czego musiałem się nauczyć od nowa, to ergonomia, ale po dwóch tygodniach znałem już każdy przycisk bez odrywania oczu od wizjera.

I tak, po cichu, zostałem kolejnym ambasadorem Olympusa.

No kto by pomyślał 😉

Opublikowano:

Ile trzeba skopiować by był to już plagiat?

Trafiłem kiedyś na reportaż Marcina Gienieczki o Pamirze. Koleżanka zwróciła mi na coś uwagę … ale o tym za chwilę

Od tamtego czasu dręczy mnie pytanie czym jest plagiat i kiedy się zaczyna?

Nie, nie mówię tu o rzeczach tak oczywistych jak przepisywanie całych stron i akapitów, ale o drobnych, niekiedy pięknych zdaniach?

Czy pisząc „Indie, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” muszę dopisać, że „jak powiedział by Mickiewicz” czy to tak oczywista parafraza, że każdy ją rozpozna?

Czy pisząc „Murgob z sześcioma tysiącami mieszkańców był dziurą na skrzyżowaniu nierównej żwirówki zwanej Pamir Highway” w swoim tekście o Pamirze, kopiując słowo w słowo ze Stasiuka, zmieniając jedynie jego „wyboistej” na moje „nierównej” to już plagiat?

Nie wiem, nie znam się na prawie, ale znam się na pisarskiej moralności i wiem też jak czasami trudno pozbyć się czyjegoś pięknego zdania z głowy.

Czy zatem, Marcin Gienieczko, opisując swój przejazd przez Pamir w 2008 roku, przepisując kilka zdań z Kapuścińskiego zrobił coś nie tak?

kapuscinski-gienieczko1

Marcin Gienieczko usunął już ten wpis, ale od czego jest Internet Archive:

https://web.archive.org/web/20160914073615/http://www.gienieczko.pl/reportaz/?id=7

kapuscinski-gienieczko2

Czy jest to plagiat, czy jest to za mało? Jeśli tak nie jest – to co to jest?

Bo ja czuję, że wiem, ale …