Trelleborgen czyli warownia Wikingów w Skani

Warownia Trelleborgen powstała „na nowo”, gdy 1980 roku, w miejscu starej cegielni miało powstać osiedle mieszkaniowe.
Nagle, w miękkiej ziemi, odkryto doły po „trelleborg” czyli specjalnie ustawionych palach. (od rodzaju warowni nazwę przejęło dzisiejsze miasto)
Dziś warownie leży w samym sercu osiedla co dodaje wszystkiemu smaczku, patrząc na mury otoczone blokami mieszkalnymi.

Dziś to bardzo fajne miejsce prowadzone przez strasznie pozytywnych ludzi.

 

Kamila Kielar opowiada o Pacific Crest Trail

Ostatniego dnia marca tego roku miałem okazję porozmawiać z Kamilą Kielar o jej (wtedy) najbliższej podróży czyli o Pacific Crest Trail, o blogowaniu, o ambicji i kilku innych „drobiazgach”.

Dziś Kamila jest już od DWÓCH miesięcy w drodze więc jeśli ktoś się za nią stęsknił to zapraszam do odsłuchania tego półgodzinnego wywiadu.

[REZENZJA KSIĄŻKI] Żywiciel, opowieść o Afganistanie

Potrafiłabym przeczytać ten list tak samo dobrze jak ojciec – wyszeptała Parvana w fałdy swojego czadoru. – Prawie tak samo …

Nie odważyła się jednak powiedzieć tego głośno. (…) Tak naprawdę nie powinno jej tam być. Talibowie nakazali, alby wszystkie kobiety i dziewczęta pozostawały w domach. Zabronili nawet dziewczynkom chodzić do szkoły.

Tak zaczyna się Żywiciel, napisany przez Deborę Ellis, a wydany w Polsce przez wydawnictwo Mamania. Gdy wziąłem się za jej czytanie, wiedziałem, że to książka dla dzieci (wiek 9+), ale bardzo szybko okazało się, że i niejeden dorosły powienien poświećieć dwie godziny swojego czasu by ją przeczytać.
Zwłaszcza w czasach, gdy słowo „muzułmanin” nabrało negatywnego znaczenia podsycanego strachem i internetową propagandą „fejsbukowych talibów” – ludzi, którzy brak podstawowej wiedzy i strach zastępują agresją.

Deborah Ellis nie próbuje przedstawić nam rzeczywistości pod rządami afgańskich talibów w jakiś wydumany sposób. Wykorzystuje do tego codzienne czynności, które wszyscy znamy a które w świecie talibów nabierają innych znaczeń. Nagle sąsiad nie musi być przyjacielem na którym można polegać i trzeba się go bać jako potencjalnego donosiciela.
Zwykłe okno przez które każdy z nas bezwiednie wygląda w ciągu dnia w Afganistanie musi być zamalowane, by nikt z ulicy nie widział mieszkających wewnątrz kobiet. Dla ojca Parvany, ich własne, niezamalowane okno jest symbolem buntu i wolności.
Książki muszą być albo spalone, ale dobrze ukryte a ich czytanie grozi aresztowaniem, pobiciem, lub karą śmierci.
Stadion piłkarski, na który, trochę przypadkiem dostaje się Parvana, okazuje się miejscem egzekucji, a nie miejscem sportu i radości.

Parvana dla talibów jest „tylko dzieckiem” dzięki czemu może w miarę swobodnie wychodzić z domu. Pomaga ojcu w jego codziennej pracy – czytaniu i pisaniu listów ludzim, którzy nie potrafią ani jednego ani drugiego. Jej starsza siostra i matka, nie mogą wychodzić z domu bez opieki mężczyzny, więc to na jej barkach leży codzienne przynoszenie sześciu wiader wody i drobne zakupy.

Pewnego wieczoru, jej ojciec zostaje brutalnie aresztowany. Kiedyś był nauczycielem historii, w dodatku kształcił się za granicą. By matka mogła pójść do wiezienia i dowiedzieć się o jego los, Parvana pisze jej kartkę, na której „mąż wyraził zgodę na wyjście z domu” i przypinaj ją mamie agrafką do burki. Nie musi się za bardzo martwić czy ktoś im uwierzy w autentyczność kartki czy nie, bo nikt za strażników i tak nie będzie umiał czytać.

Gdy ojciec nie wraca do domu, matka, pobita w wiezieniu i załamana nie wstaje przez kilka dni z łóżka, a w domu nie ma niczego do jedzenia Parvana ścina włosy.

Dzięki temu będzie udawała chłopca.
Od tego dnia to ona czyta i pisze ludziem listy.
Zostaje tytułowym żywicielem swojej kilkuosobowej rodziny choć ma tylko 11 lat.

***

[box type=”bio”] Żywiciel to pierwsza część przetłumaczonej na 25 języków trylogii o Parvanie i jej rodzinie. Deborah Ellis to kanadyjska pisarka i działaczka na rzecz pokoju. Laureatka jednego z najważniejszych wyróżnień w świecie literatury dziecięcej – Sweden’s Peter Pan Prize. Dochody z trylogii przekazuje na pomoc mieszkańcom terenów objętych kryzysem.

Deborah Ellis, Żywiciel, wydawnictwo Mamania, tłumaczenie Grażyna Chamielec. 144 strony. Dla dzieci 9+[/box]

Zoko, galicyjskie buty

Zoco (wym. „thoko” jak w angielskim „the”) to tradycyjne galicyjskie buty wykorzystywane do pracy w polu, które w latach 70tych zostały wyparte z wiejskiego krajobrazu przez gumowce.
Ale ani nie ceną (która była bardzo podobna), ani nie jakością (która była gorsza), ale wiejskimi kompleksami – noszenie „zoco” stało się nagle symbolem biedy, „wieśniactwa”, ale i pewnego zacofania. W końcu guma była czymś nowoczesnym, czymś wielkomiejskim i czymś z czym kojarzyła się nowoczesność.

Continue reading

Moja historia fotografii :)

Dawno, dawno temu, na pewnym wrocławskim osiedlu, gdy za oknem wciąż był jeszcze Stan Wojenny, siedziałem z ojcem przy powiększalniku i robiłem pierwsze odbitki. Powiększalnik był pożyczony, kuwety (chyba) improwizowane, a czerwona żarówka zrobiona z lampy i jednego z moich zabawkowych kręgli, który robił za „czerwone filtr”. Właśnie wtedy zakochałem się w magii pojawiających się na papierze, czarno białych obrazów.

I ta miłość pozostała mi do dziś, choć nie siedziałem w ciemni od kilku lat. Ostatni raz gdy to robiłem, była to improwizowana ciemna w szkole przy Tottenham Hale w Londynie w której pracowałem i uczyłem dzieciaki jak robić fotografię przy pomocy puszek po koli.

Gdy ktoś mnie pyta „czym robisz zdjęcia?” moja odpowiedź raczej nigdy nikogo nie satysfakcjonuje, bo robię je oczami, instynktem i 20+ latami praktyki. Każdy kto pyta oczekuje odpowiedzi i model aparatu i obiektyw, jakby to garnki gotowały zupę, buty same biegły maratony itd. Ale, te garnki, buty i aparaty zawsze pomagają i bez nich też mało co się zrobi.

Moim pierwszym aparatem był Kiev 4M na filmy małoobrazkowe. Właściwie to był to aparat moje ojca, ale używałem go jak swojego, zanim nie kupiłem swojej własnej Smieny 8M a potem Smieny 8Standard, w której film naciągało się dźwignią jak „w Zenicie” a nie pokrętłem jak w 8M.

Potem był Kiev60 na filmy 6*6 i niezapomniana Minolta X-300, którą zamieniłem, na moją pierwszą cyfrę – Minoltę Dynax 7, w której autofokus (mój pierwszy w życiu!) był tak szybki, że mogłem sobie zrobić w międzyczasie kawę 😉

Kto pamięta moje stare zdjęcia z Pakistanu – to wszystko robione było na slajdach, Minoltą x-300.

Kto pamięta moje zdjęcia z Chin, te z książki „Przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” – to wszystko robione Dynaxem 7.

Po przeskoczeniu na cyfrowe lustrzanki (Nikon D50, Nikon D70, Canon 5D Mk1, Canon 7D i canon 5D Mk2) przyszedł czas na coś na prawdę nowego. Na prawdę, bo to co było do tej pory, to wciąż były aparaty analogowe, tyle tylko, że z matrycą zamiast filmu. Wszystko inne, niewiele (no, po za filmowaniem!) rózniło się od starych aparatów. Zmieniło się medium zapisujące zdjęcia, ale nie technologia. Przynajmniej nie w moim odczuciu.

15258917_1259108180826871_3426623169010597888_n

I nagle, niespodziewanie, wpadł mi w ręce Olympus OM-D E-M5 Mark II i zakochałem się w tym aparacie kompletnie. Zrobiłem nim kilkaset zdjęć w Iranie i chciałem go mieć. Musiałem. Nagle ISO 2500 było czarne i bez szumu, autofokus, ultraszybki autofokus, dostępny był jak w smartfonie – z poziomu dotykowego ekranu co na ulicy świetnie zdawało egzamin. Mogłem, po raz pierwszy w moim życiu, obsługiwać aparat telefonem robiąc zdjęcia na długiej ekspozycji fotografując biczujących się Irańczyków w półciemnym meczecie.

15035812_1216747205078303_552660526040088576_nTo już nie był kolejny aparat jaki znałem, w którym zmieniła się ilość pikseli i szybkość autofokusa. To już była zupełnie nowa jakość. Zupełnie nowe, ultraszybkie, niewielkie i bardzo wygodne narzędzie.

Jedyne czego musiałem się nauczyć od nowa, to ergonomia, ale po dwóch tygodniach znałem już każdy przycisk bez odrywania oczu od wizjera.

I tak, po cichu, zostałem kolejnym ambasadorem Olympusa.

No kto by pomyślał 😉

Ile trzeba skopiować by był to już plagiat?

Trafiłem kiedyś na reportaż Marcina Gienieczki o Pamirze. Koleżanka zwróciła mi na coś uwagę … ale o tym za chwilę

Od tamtego czasu dręczy mnie pytanie czym jest plagiat i kiedy się zaczyna?

Nie, nie mówię tu o rzeczach tak oczywistych jak przepisywanie całych stron i akapitów, ale o drobnych, niekiedy pięknych zdaniach?

Czy pisząc „Indie, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie” muszę dopisać, że „jak powiedział by Mickiewicz” czy to tak oczywista parafraza, że każdy ją rozpozna?

Czy pisząc „Murgob z sześcioma tysiącami mieszkańców był dziurą na skrzyżowaniu nierównej żwirówki zwanej Pamir Highway” w swoim tekście o Pamirze, kopiując słowo w słowo ze Stasiuka, zmieniając jedynie jego „wyboistej” na moje „nierównej” to już plagiat?

Nie wiem, nie znam się na prawie, ale znam się na pisarskiej moralności i wiem też jak czasami trudno pozbyć się czyjegoś pięknego zdania z głowy.

Czy zatem, Marcin Gienieczko, opisując swój przejazd przez Pamir w 2008 roku, przepisując kilka zdań z Kapuścińskiego zrobił coś nie tak?

kapuscinski-gienieczko1

Marcin Gienieczko usunął już ten wpis, ale od czego jest Internet Archive:

https://web.archive.org/web/20160914073615/http://www.gienieczko.pl/reportaz/?id=7

kapuscinski-gienieczko2

Czy jest to plagiat, czy jest to za mało? Jeśli tak nie jest – to co to jest?

Bo ja czuję, że wiem, ale …

Umarł król niech żyje król.#olympus czyli nowe #dziecko w stajni

Umarł król niech żyje król.#olympus czyli nowe #dziecko w stajni

#ashura #yazd #iran

#ashura #yazd #iran

#ashura #yazd #iran #irantraveling #drums

#ashura #yazd #iran #irantraveling #drums

#yazd #ashura #iran #irantraveling

#yazd #ashura #iran #irantraveling

© 2017 Robb Maciąg

Theme by Anders NorénUp ↑