Opublikowano:

Pardada Pardadi

Ganges w Anupshahar wygląda jak zwykła duża, płytka, leniwa rzeka. Już bez swojej bezgranicznej świętości jak w Haridwarze czy Rishikeshu, za to z kąpiącymi się w niej krowami. Most nad nią jest długi, betonowy, ustawiony na ponad 30, też betonowych, słupach. Jedyną świętością, jaką dostrzegłem, był tłumek mężczyzn stojących tuż nad wodą, patrzących na niewielki stos kremacyjny. Był on tak niewielki, że musiało na nim płonąć dziecko. Grupa składała się z samych mężczyzn, bo w Indiach kobiety nie przychodzą na kremację. Według hinduskiej tradycji są na to za delikatne. Zbyt wrażliwe. Siedzą więc w domu, golą głowy i płaczą.

Inna świętość to trzy kadzidełka; ktoś wbił je w trawę na klifie, na którym przypadkowo usiadłem. Z dala od żałobników. Górowały nad niewielkim, wypalonym miejscem i zabarwioną na czerwono trawą. Woda już nie miała tego pięknego zielonkawego koloru jak w górach. Teraz miała jedynie barwę piachu. Była zwyczajna.

Świętość była tu jeszcze w ludziach, którzy zjechali z mostu, by się w Gangesie wykąpać. Starsi mężczyźni skrapiali sobie głowę wodą z Rzeki. Starsze kobiety całe zanurzały się w wodzie. Chwilę potem przebierały się w suche ubrania. Robiły to pod mostem lub schowane za samochodem. Młodzi jedynie myli twarz.
Wszyscy pili wodę Matki. Prosto z dłoni lub z butelki. Mętną, piaszczystą, świętą i uzdrawiającą wodę. Wodę najważniejszą ze wszystkich wód na świecie. Wiara czyni cuda i mało kto się tą wodą zatruwa. No chyba że turysta, któremu zrodził się w głowie szalony pomysł, że dla niego ta woda też jest święta. Ale w turyście jest za mało wiary. Nie przekazywano jej w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, więc im bliżej ujścia tej wody próbuje, tym bardziej po niej rzyga.

Płytka wiara nie czyni cudów.

Fajnie jest patrzeć na Hindusów zażywających takiej kąpieli. Nie zawsze są skupieni na tym, co robią, nie zawsze przeżywają jakąś religijną ekstazę, której my, turyści, od nich często oczekujemy. Chyba że są w Rishikeshu, Allahabadzie czy Benaresie. Tak, są na pielgrzymce, więc nakręcają w sobie tę ekstazę już od dłuższego czasu. Od wyjścia z domu lub nawet wcześniej. Jeśli chodzi o tych tutaj, zjeżdżających na chwilę i jakby przy okazji z mostu, ma się wrażenie, że robią to pomiędzy jedną piosenką dudniącą z samochodu a drugą.

Przede mną stał płot. Wysoki i solidny. I nagle brama. Tak samo wysoka i pewnie jeszcze bardziej solidna. I strażnik. I zeszyt, do którego musiałem wpisać swoje dane jako „Guest No. 22”. I identyfikator.
Nikt nie sprawdzał, czy wpisuję prawdę, ale ja jestem fajnym facetem i zawsze grzecznie wypełniam te wszystkie rubryczki. Chyba że muszę je wypełniać kilka razy dziennie i zaczyna mnie ponosić fantazja. Wtedy mieszkam przy Woronicza 17 albo przy Myśliwieckiej 3/5/7 i nazywam się jak jakiś dziennikarz radiowej Trójki. Ale nie robię tego ze złośliwości, tylko z nudów. Jestem kreatywny, choć zupełnie bez celu.
Mister Jose, którego w myślach nazywałem „Hose”, a nie „Żos”, bo wydawało mi się, że jest z Goa i ma portugalskie nazwisko, przywitał mnie serdecznie i wylewnie, kazał usiąść (w Indiach zawsze każą usiąść) i bardzo mnie przeprosił, ale musiał dokończyć jakąś niezwykle ważną rozmowę telefoniczną.
Dopiero po kilku minutach zaczął się cały rytuał.
— A dzień dobry!
— How are you?
— How was the road?
— Was it safe?
— Is scooty OK?
Ja, oczywiście, musiałem odpowiadać pełnymi zdaniami, jak w szkole. Bo przecież byliśmy w szkole. I to nie byle jakiej.
— A dlaczego pan to robi?
— A bo ja sam jestem nauczycielem i czasem trzeba coś zrobić.
I tyle wystarczyło, by traktować mnie nagle jak kuzyna. Wystarczy pojechać w świat i powiedzieć lokalnemu nauczycielowi, że też jesteś nauczycielem, i zostaje przełamana jakaś bariera. Dzieje się coś wyjątkowego. Pewnie lekarze mają tak samo, nie wiem, ale jestem pewien, że tak właśnie jest. Obaj pracujecie nad tym samym — by świat był lepszy. By ludziom żyło się lepiej. By mieli dobre życie i wybór. Bo to chyba o wybór chodzi. Chyba rzadko kiedy widać to tak wyraźnie jak w Indiach, że ten, kto nie ma szkoły, ten nie ma wyboru i robi w życiu to, co robi, czyli generalnie coś do dupy.
— Oh! What subject do you teach?
— Special needs.
— It means?
— Mentally disabled.
— Like retarded?
— Exactly. But we don’t say like that anymore.

Bum! Mister Jose umieścił mnie właśnie na mapie światowej siatki nauczycieli. Zaszeregował mnie jako kogoś ważnego lub nie i od razu przeszedł ze mną na ty. Choć bez „mister” się nie dało, bo tutaj „mister” jest jak część oddechu. Albo kropka. Bez tego zdanie jest niepełne. Nauczyciel to w Indiach wciąż święty człowiek. Może i zarabia gówniane pieniądze, ale brak szacunku do nauczyciela jest równy z brakiem szacunku do rodziców. Bo jak nie szanować ludzi, którzy zmieniają na lepsze życie innych?
W tym samym czasie daleko na południu Indii, w Malappuram, lekko ponad 2500 kilometrów stąd, Abdul Malik właśnie wrócił do domu. Przez lata był nikomu nieznanym nauczycielem, który sześć razy w tygodniu tracił półtorej godziny, by przejechać 12 kilometrów i dostać się do pracy. Robił to bez większego entuzjazmu, ciągle się spiesząc i często spóźniając. Głupie 12 kilometrów mogło być aż taką przeszkodą. Wszystko przez rzekę, która odcinała go od szkoły, ciągłe spóźnienia autobusów i odległy most.
Pewnego dnia Malik, zamiast żyć w tej autobusowej rutynie, kupił sobie motocyklową dętkę, dzięki której przepłynął rzekę stojącą mu na drodze. Od tego dnia codziennie oprócz niedziel, dokładnie o 9 rano, Abdul Malik jest zajęty przepływaniem niewielkiej rzeki. Jedną ręką trzyma foliową torbę z ubraniami, klapkami i drugim śniadaniem, a drugą odgarnia wodę, by przedostać się na przeciwległy brzeg. Wsuwa się do dętki po pachy i początkowo idzie po dnie, by nagle zacząć płynąć z prądem. Na drugim brzegu przebiera się w suchą koszulę i spodnie na kancik i po dziesięciominutowym spacerze jest już w szkole — u swoich uczniów w wiejskiej podstawówce.

Zaprowadzili mnie do dormitorium. Dostałem własny pokój w skrzydle dla nauczycieli, ale zanim wszedłem „do siebie”, 13-letnia Sonam (przedstawiła się od razu) zbombardowała mnie pytaniami. Nie żebym nie spodziewał się, że będzie inaczej, i żeby mi to jakoś przeszkadzało. Wiedziałem, że dzień się jeszcze nie skończył. Jose ostrzegał mnie, że zanim pójdę na ewentualny spacer („Bo kolację to zje pan oczywiście z nami, mister Robert”), wpadnie do mnie szef szefów — sam mister Singh.

W szkole wszędzie widać było dyscyplinę. Gdy szedłem po schodach, dzieci odsuwały się pod ścianę. Na korytarzu każdy, kto mnie zauważył, rzucał w moją stronę: „Good morning, sir”. Kto mnie akurat nie zauważył, słyszał to „dzień dobry”, szybko się odwracał i witał się tak jak inni. Jakoś wcale mnie to nie dziwiło. Nawet mi się podobało, bo nadawało wszystkiemu strukturę i porządek, a to były dziewczyny, którym brakowało i jednego, i drugiego. Dziewczyny ze świata, w którym żyły tylko od dziś do jutra. Ich życie, zanim tu przyszły, polegało na kombinowaniu czegoś do jedzenia i spaniu.
A tutaj panowały porządek, struktura i przewidywalność. Zbiórka, apel poranny, sprawdzanie obecności, zbiorowe mycie zębów, lekcje, drugie śniadanie, lekcje, wspólny obiad, znów lekcje, circle time, czyli coś jak godzina wychowawcza, i czas do domu. Autobusem lub własnym rowerem.
Sześć razy w tygodniu. Pewność śniadania i obiadu. Pewność porządku i przewidywalność. A zatem coś, co daje spokój.

Virendra Singh miał typowy bardzo twardy hinduski akcent. Choć przez 37 lat żył w Stanach, gdzie pełnił funkcję szefa w azjatyckiej sekcji korporacji DuPont, akcent przykleił mu się do podniebienia i został z nim na zawsze. Był ode mnie trochę wyższy, ale uśmiechy mieliśmy tak samo szerokie. Singh skrzyżował ręce na piersiach i powoli i wyraźnie zaczął mi opowiadać o największym osiągnięciu swojego 74-letniego życia. Osiągnięciu, na które poświęcił 15 lat i milion dolarów odłożonych na starość, ta jednak jakoś nie przychodziła.

Wszystko przez to, że pewnego dnia na pierwszej stronie „The New York Times” redaktor naczelny umieścił zdjęcie hinduskiego dziecka szukającego czegoś do jedzenia w stercie śmieci.
Singh rozpoczął swoją opowieść od uświadomienia mi, jak wiele miałem szczęścia, że urodziłem się w Polsce. Pomyślałem nawet, by zorganizować mu cykl objazdowych wykładów po moim kraju, aby uświadamiał moich rodaków, ale szybko stwierdziłem, że i tak nikt by mu nie uwierzył. Opowiadał o czymś, co nazywał accident of birth, czyli o przypadku, który rządzi naszymi narodzinami. O kraju, o czasie i o rodzicach, których nijak sobie nie wybieraliśmy, a którzy stworzyli nas takimi, jakimi jesteśmy.

— A teraz rozejrzyj się dookoła — powiedział. — Każda z tych dziewcząt miała pecha. Przypadek (accident of birth) sprawił, że urodziły się w rodzinach, w których matki kradną krowie łajno, by mieć czym palić, lub trawę, by nakarmić swoją krowę. Tu niby nikt nie ma pracy, a jednak nikt nie siedzi bezczynnie. Teraz to my jesteśmy ich matkami, ojcami, babciami i dziadkami. To my jesteśmy dla nich dobrym przykładem. Dlatego nazywamy się Pardada Pardadi — starożytna wiedza. Coś, na czym można zbudować nowe życie.
Zanim spotkałem Singha, czekałem w jednej z klas na grupę uczennic. Czekałem z niespodzianką. Nagle za moimi plecami rozległo się głośne Good morning, sir. To „dzień dobry” było bardzo szkolne i miało tak samo przeciągane samogłoski jak w każdej polskiej szkole, dlatego odruchowo się uśmiechnąłem. To było tak uniwersalne jak te wszystkie plansze z tabliczką mnożenia, które wisiały na każdej ścianie dookoła mnie.

Good morning — odpowiedziałem, ale dziewczyny wciąż stały w drzwiach.
Do we have permission to enter, sir? — spytały.
Oczywiście, że macie — odparłem i dopiero wtedy klasa zaczęła wypełniać się tłumem 10-latek, bo w tym kraju nauczyciela naprawdę traktuje się jak kolejnego rodzica, czasem jak boga. Prometeusza.
W sali nie było żadnych stolików ani krzeseł. Zamiast tego na środku leżał jedynie duży, cienki i już mocno zużyty kawałek wykładziny. Tak samo ciemnozielony jak szkolne mundurki dziewczyn. Uczennice szybko zdjęły buty, ustawiły je pod ścianą, po czym w równych rzędach, z wyćwiczoną precyzją, usiadły na dywanie. Patrzyły na tablicę, którą zdążyłem obkleić białym papierem. Pod tablicą stał taboret, na nim pomarańczowy projektor i mały laptop wyświetlające dwa niemal identyczne zdania w hindi. Znaczyły tyle co „Witamy w kinie. Za chwilę obejrzycie kreskówki z Polski. Mam nadzieję, że Wam się spodobają”, ale napisane były na dwa sposoby, bo koleżanka, która je pisała, choć była Hinduską, i to z samego Delhi, nie była pewna, które lepiej brzmi. To całe Delhi, stolica liczącego ponad miliard mieszkańców kraju, w której znajdowały się metro, uniwersytety i liczne kawiarnie, było oddalone od Anupshahar o jakieś 100 km. Tutaj, gdzie ledwie połowa kobiet umiała czytać i pisać, panowały wielka bieda i zacofanie. Na 1000 mężczyzn przypadało jedynie 821 dziewczyn, bo kto mógł, pozbywał się córek z domu. Te 100 kilometrów to tyle co z Warszawy do Płocka, z Poznania do Piły, czy ze Świerzawy do Rawicza, ale w znaczeniu cywilizacyjnym Delhi i Anupshahar znajdowały się w dwóch różnych wymiarach.

Tymczasem stałem lekko przejęty i zastanawiałem się, jak dziewczyny odbiorą tę moją niespodziankę, którą było… kino. Byłem na wakacjach, skuterem podążałem wzdłuż Gangesu, a przy okazji wyświetlałem Bolka i Lolka oraz Reksia. Wymyśliłem sobie to kino, by poza przeżywaniem frajdy z poznawania świata przylegającego do tej wielkiej rzeki zrobić coś dla dzieciaków. Tak po prostu. Dla ich i mojej zabawy. Bez głębszej filozofii. Nie spodziewałem się jednak, że dzięki temu odkryję nowe warstwy, z których zbudowane są Indie.

Jak opowiadał Singh, żeby dziewczyny mogły przyjść do szkoły, trzeba było najpierw przekupić rodziców. Trzeba było zapewnić dziewczynom jedzenie, ubranie, zeszyty, książki, miejsce w szkolnym autobusie lub rower. I 10 rupii dziennie za przyjście do szkoły. Plan wydawał się idealny, łapówka kusząca, a przyszłość świetlana. Ale bogaty biednego nie zrozumie pod żadną szerokością geograficzną i życie szybko skorygowało ten plan.
Poszło, jak zawsze i wszędzie, o pieniądze. (Dla przeciętnego turysty takie 10 rupii wydaje się sumą banalną, bo czymże jest wartość dwóch herbat kupionych na ulicy, ale dla indyjskiego biedaka to pół kilograma najtańszego ryżu. Kupa pieniędzy. Kwestia życia i śmierci).
Z pierwszych 45 dziewcząt kilka zrezygnowało ze szkoły już po paru dniach. Odebrały astronomiczną dla nich sumę kilkudziesięciu rupii i nie przyszły więcej do szkoły. Rowery, które dostały, by dojeżdżać do szkoły, sprzedali ich ojcowie lub bracia. Tylko 19 uczennic doczekało rozdania świadectw. Sam, bo tu wszyscy mówią na niego Sam, a nie Virendra, musiał szybko zmienić zasady „zarabiania” tych 10 rupii dziennie. Po pierwsze, pieniądze szły na konto. Po drugie, dziewczyny dostawały swoje pieniądze, gdy ukończyły szkołę. A po trzecie, każdy dzień nieusprawiedliwionej nieobecności kosztował 20 rupii, więc wagary zwyczajnie się nie opłacały.
Ale matki miały wciąż ważniejsze problemy niż edukacja ich córek. Zadawały wciąż i wciąż to samo pytanie: „Jeżeli nasze córki będą w szkole 10 godzin dziennie, 6 dni w tygodniu, 52 tygodnie w roku, to kiedy nauczą się kraść trawę dla naszych krów, kiedy nauczą się kraść krowie łajno do palenia w piecyku?”. I dodawały: „Panie Singh, pan nie rozumie, ale chodząc do tej pana szkoły, to one się niczego nie nauczą. Kto się z nimi ożeni?”. Sam Singh cierpliwie przekonywał — dyszka do dyszki tydzień po tygodniu i po tych 12 latach (i podwyżce do 15 rupii w starszych klasach) każdej z dziewcząt powinno uzbierać się ponad 35 tysięcy rupii. W sam raz na wesele.

„I proszę się nie martwić”, argumentował dalej, „pieniądze i tak nie przepadną, bo widzi pani, mamy w naszej szkole na dzień dzisiejszy 1300 dziewcząt. Karmimy je 3 razy dziennie przez 6 dni w tygodniu, więc z cateringiem powinniśmy sobie poradzić. Przyjmie pani wszystkich gości i nadal nie wyda ani rupii”. I jak mówił, patrząc mi w oczy, te dwa argumenty zawsze do matek przemawiają: pieniądze na posag i prezenty oraz darmowa impreza. Wtedy matki zaczynają przysyłać swoje córki do szkoły.
„Ale nam chodziło oczywiście o coś więcej”, dodawał Singh, „i najpierw, co oczywiste, dziewczyny uczyły się głównie szycia. Potem, po kilku miesiącach, zamienialiśmy im 2 godziny pracy na naukę angielskiego i tym podobne. Po kolejnych paru miesiącach były to już 4 godziny, a później całe 8 godzin. A do szycia zaprosiliśmy ich matki, ciotki i starsze siostry”.

Singh nie był przecież naiwny. Nie próbował robić z uczennic szwaczek bez nadziei na coś większego. Bez przyszłości. Lubił powtarzać, że do wszystkiego podchodzi z biznesowym zacięciem, bo wierzy, że tylko biznesowy model szkoły da tym dziewczynom coś więcej niż samą edukację. Nie chciał, by po kilku latach spędzonych w szkole umiały jedynie pisać i czytać i by wróciły do swojego poprzedniego życia wyposażone w bezużyteczną wiedzę. Bo niby po co żebrakowi algebra?
Słuchałem tego jak zaczarowany. Singh opowiadał mi o ludzkich lękach, motywacjach, o nędzy i wyzwaniach związanych z codziennym głodem, a ja w pokoju obok puszczałem tym dziewczynom bajkę o Bolku i Lolku na pustyni Gobi. I sam już nie wiedziałem, czy to coś pożytecznego, czy może właśnie wspinam się na szczyty absurdu.

Singh opowiadał, jak otworzyli pierwsze sklepy, w których można kupić narzuty i poszewki szyte w szkolnych warsztatach. Opowiadał, jak zaczęli produkować i sprzedawać podpaski, gdy okazało się, że dużo dziewczyn nie przychodzi do szkoły, bo nie mają pieniędzy, by kupić podpaski w sklepie. Opowiadał o wszystkich wyzwaniach, które zawsze stoją przed szkołą, choć wszystko wydaje się takie piękne i idealnie zorganizowane.

Dookoła nas kręciły się dziewczyny w ciemnozielonych mundurkach, uszytych właśnie w szkolnych warsztatach. Wszystkie uczennice miały kruczoczarne włosy, co jest tu tak normalne, że w zasadzie nie ma o czym pisać, ale nie wszystkie miały je długie. Te z biedniejszych rodzin miały włosy ścięte na krótko, bo trudniej wtedy złapać wszy, no i łatwiej się uczesać. Ich oczy wydawały się wyjątkowo błyszczące. Ciemna skóra i czarne włosy kontrastowały mocno z tymi oczami, ale niektóre dziewczyny rysowały sobie co rano czarną kreskę dookoła oczu, tak zwany kadżal. Na ogół robiły to węglem ze spalonego patyka lub, coraz częściej, pastą z dużą zawartością ołowiu. U nas mówiło się kiedyś na to heroine make-up; tutaj jest to po prostu stara metoda ochrony przed demonami. Włażą one w człowieka przez oczy i takie poczernianie ma je odstraszać. Dla tych dziewczyn ulice, slumsy, codzienne życie poza szkołą pełne są różnych demonów, więc uważają na siebie bardziej. Krzyk, mały nożyk lub choćby kamień chronią tak samo dobrze jak czarna kreska. Bo czarna kreska jest na te niewidzialne demony, a wszystko inne na te mieszkające w namiocie obok lub z nimi. Na tej samej ulicy, w tym samym slumsie. To te dziewczyny stanowiły tę masę, którą dostrzega się wszędzie w Indiach. To one były tym obrazem biedy, syfu, żebraniny i wszystkiego, co zapada w pamięć niewprawnemu turyście z Zachodu. To o nich powstają filmy i mroczne książki. To obraz tych twarzy wielu pisarzy, pseudodziennikarzy i blogerów przedstawia światu jako obraz „prawdziwych Indii”. Tymczasem to tylko iluzja, widziana z okien taksówek i z tarasów restauracyjek, obserwowana podczas spacerów po slumsach. Świat jest bardziej skomplikowany niż wrażenia i przemyślenia naiwnych gości z Europy. Indie to coś więcej. To przede wszystkim żywy organizm, który podąża do przodu szybciej niż pociąg, z którego je widać.

Nagle cała sala obok wybuchnęła śmiechem i wiedziałem, że jest dobrze. Bolek stał właśnie obok wielkiego jaja dinozaura i wycierał lupę o spodnie, kręcąc pośladkami. Ta scena zawsze wywoływała salwy śmiechu. Bez względu na miejsce. Pomyślałem, że to wszystko, ta cała moja „misja”, ma jednak jakiś sens. Ten śmiech Hindusów był tym, co im przywiozłem w prezencie. Ta chwila beztroski. A Singh opowiadał dalej. Nie przerwał swojej opowieści ani na chwilę. To tylko ja uciekłem gdzieś myślami.
Musiałem mu znów przerwać. Nie, nie miałem nic mądrzejszego do powiedzenia. Zwyczajnie musiałem pobiec do klasy i włączyć kolejny odcinek Bolka i Lolka. Obserwowałem wpatrzone w kreskówkę z drugiego końca świata oczy, które poruszały się w tym samym rytmie. Wyglądało to tak, jakby film oglądał jeden wielki organizm, i pomyślałem, że całe to moje kino było fajnym pomysłem. Mogłem tu stać i patrzeć na coś, co miało sens, i przy okazji poznać szkołę, do której pewnie nigdy bym nie trafił, której nigdy bym nie odkrył. Siedziałbym na ghatach w Benares czy piłbym jakiś soczek w German Bakery w Rishikeshu i niczego bym się nie nauczył. I tak — poczułem się z tym dobrze. Jeszcze nie wiedziałem, że rano skuter nie odpali. Że popsuje się po raz drugi i stanie się dla mnie jasne, że wszyscy moi indyjscy kumple mieli rację, mówiąc, że na skuterze, używanej hondzie activie, nie uda mi się dojechać do Kalkuty. Jedynym Hindusem, który uparcie twierdził, że przejadę te 3000 km bez problemu, był oczywiście sprzedawca mojego skutera.
W tym samym momencie mała małpka, prezent od marynarza występującego na początku odcinka, wskoczyła Bolkowi po raz kolejny na plecy i nauczycielowi siedzącemu na parapecie z tyłu klasy wyrwał się wreszcie śmiech. Tłumił go chłopina już od co najmniej dwóch odcinków. Zasłaniał twarz, udawał, że się nudzi, ale wreszcie się zdradził. I właśnie wtedy większość dziewczynek odwróciła się w jego stronę. Patrzyły z niedowierzaniem i szczerym zdziwieniem. W Indiach mówi się, że nauczyciel jest ważniejszy od boga. Bóg cię stworzył raz i na tym jego dzieło się skończyło. A nauczyciel stwarza cię co dzień na nowo.

Mister teacher wcale nie miał srogiej i poważnej miny jak zawsze.
Mister teacher śmiał się jak dziecko.

 

***

Fragment pochodzi z książki Tuk Tuk Cinema

Opublikowano:

Tysiąc Szklanek Herbaty (w eBooku, za free)

Cześć, znacie już drugie wydanie Tysiąca Szklanek Herbaty?

Wiem, że kilkaset osób już zna i strrrrasznie mnie to cieszy, bo Wasze czytanie dodaje skrzydeł i zachęca do dalszego pisania. Może brzmi to banalnie, ale tak właśnie jest. Bez czytania nie było by pisania.

„Nieodwrotnie”.

 

Dziś, z okazji nie-okazji chcę Wam oddać >>gruby fragment eBooka<< książki. W prezencie. Może przekona Was do całości.

Opublikowano:

W Pakistanie wybiła właśnie 19:35

W Pakistanie wybiła właśnie 19:35

Na moim, nieprzestawionym zegarku, wskazówki wciąż pokazywały ten sam czas jaki panował w domu. Ten sam jaki pokazywały wszystkie zegary w domu za ciepłem i wygoda którego tak nagle tęskniłem.
W domu, po którym krzątali się bliscy mi ludzie a na parapecie rosły, podlewane nie-przeze-mnie aloes i bazylia.

Tu gdzie stałem – siąpiło. W basecampie pogoda załamała się dwa dni wcześniej i po śniegu nie pozostał nawet ślad. Szybko okazało się, że raki nie przydadzą mi się do niczego tak samo jak czekan i lina, którą i tak nie miałem się z kim związać. Wszędzie dookoła było szaro. Chmury zeszły tak nisko, że z miejsca w którym stałem nie było widać szczytu choć dzieliło mnie od niego tylko kilkadziesiąt kroków. Słońce zaszło już dawno. Nie tyle za horyzont, co za chmury, które już od rana spowiły każdy kawałek nieba.

Wszystko co zbędne zostawiłem w najwyższym obozie i ruszyłem do ataku szczytowego. Jeżeli chciałem zdążyć przez zapadnięciem zmroku musiałem dać z siebie wszystko i zwyczajnie się śpieszyć.
Najpierw musiałem jednak przejść przez wielką, drewnianą bramę. To lokalni mieszkańcy ją tu postawili by odgrodzić teren świętej dla nich góry od całego zewnętrznego świata. Nikogo z nich tu jednak nie spotkałem. Nikogo oprócz starszej pani, którą minąłem gdy szła samotnie drogą, ubrana w ciężki, przeciwdeszczowy płaszcz, niebieską spódnicę i chustkę, która dokładnie przykrywała jej włosy. Widok tej chustki trochę mnie zdziwił, gdyż miejscowi znani byli ze swych zdecydowanych i niepochlebnych opinii o ludziach mieszkających na wschód od ich ziem i ich obyczaju noszenia chust, ale widocznie ich własne im tak bardzo nie przeszkadzały.
Nie był to z resztą widok codzienny, ale wciąż i u nich zdarzały się przypadki takich kobiet.

Górę przysłaniał mi sosnowy las. Na szczęście nie było tu błota, którego tak się obawiałem a twarda piaszczysta droga. Nazwa góry, historycznie i na wszystkich dostępnych mi mapach, pochodziła od konia. Dokładnie od jego samicy. Teraz jednak, za sprawą olbrzymiej, metalowej konstrukcji umieszczonej na jej szczycie, lokalna społeczność nazywała ją po swojemu. Zupełnie inaczej. Nijak niepodobnie do jej oficjalnej nazwy. Zgodnie ze swoją wiarą. Tak jak i w innych miejscach świata, religia, podobnie jak wszystkie inne, przejęła pod posiadanie kolejne miejsce górujące nad horyzontem.

Po drodze, przy miejscu kultu, minąłem olbrzymi portret człowieka, w którego zmartwychwstanie wierzyli. Patrzył na mnie a napis-deklaracja jego wyznawców o wiecznym zaufaniu dodała mi tak potrzebnego spokoju.
Robiło się coraz ciemniej i chyba potrzebowałem tego spokoju.

Szczelnie opatulony w kurtkę, słyszałem tylko swój własny oddech. Jego rytm pokrywał się z rytmem kroków i niczym buddyjska mantra prowadził mnie prosto na szczyt. Z tej symetrii kroków i oddechu wytrącił mnie widok sporej, białej tablicy na której duże litery informowały, że wchodzenie na kamienie jest NIEBEZPIECZNE(!). Nagle pytanie, które słyszę tak często od ludzi ciekawych podróży „Ale czy tam jest bezpiecznie?” okazało się pytaniem słusznym i właściwym. Pytaniem, które nabrało nagle znaczenia. Pytaniem, którego już nigdy nie zlekceważę.

Stanąłem twarzą w twarz z metalowym krzyżem od którego ta góra otrzymała swoją nową nazwę. Był idealnie niebieski, wysoki tak bardzo, że jego wierzchołek chował się w niskich chmurach. Na lewo od szczytu stał słup z kolejnymi tablicami. Na jednej z nich widniał napis „Witaj gościu” i poczułem się lepiej. Na innej, ktoś kto podpisywał się tytułem opiekuna miejsca kazał mi pamiętać, że przebywam w świętym miejscu. Ta sama tablica informowała mnie, że nie mogę tu spożywać napoju alkoholowego ani żadnych innych środków odurzających. A ja mimo to czułem się odurzony. Szczęściem, adrenaliną, endorfinami i niskim poziomem tlenu. Wchodziłem przecież bez butli bo jakże mógłbym inaczej.

Wchodziłem też sam. Bez tragarzy. Pogoda przegoniła ich wszystkich spod sklepu, który mijałem w drodze do basecampu i od początku zdany byłem tylko na siebie.

Stałem na szczycie i nawet sobie qwa ogniska nie mogłem rozpalić „bez wcześniejszej zgody opiekuna miejsca”, nie mogłem zwiedzać i hałasować „w trakcie trwających nabożeństw” i nie wolno mi było ranić Jezusa – pisać po jego krzyżu ani się nań wspinać.

Zapisałem ślad GPS i zrobiłem kilka zdjęć by nikt nigdy nie mógł powiedzieć, że Maciąg kłamie. Że nigdzie nie był. Że to nie był ten właściwy wierzchołek.
Zbierałem się do zejścia i choć musiałem się śpieszyć bo ciemność otaczała mnie coraz gęstsza, a byłem już wyczerpany i musiałem ostrożnie stawiać kolejne kroki.

Pozostawiłem za sobą najwyższą górę Wielkopolski zdobytą w deszczu, samotnie, bez tlenu, mapy i raków. Zrobiłem to na wierze we własne siły i zwykłym, polskim napieraniu.
Udowodniłem niedowiarkom, że Polak wejdzie na każdą górę jeśli tylko chce.

Opublikowano:

Couchsurfing w Iranie. (Nie)codzienne życie Persów

Podszedłem do tej książki bardzo sceptycznie.
Trochę przez tytuł (spodziewałem się jakiegoś luzaka co to podróżuje „za darmo po świecie” i opowiada jaki to on jest fajny, a skoro w Iranie couchsurfing jest nielegalny to historie będą raczej „ziomalskie” i takie „super”) ale przede wszystkim przez okładkę.

No bo niby jak można brać na poważnie książkę o Iranie, w której okładkowy turysta leży sobie na ławeczce w zakazanych przez prawo tego kraju szortach?
Przecież od razu wiadomo, że ktoś kto ją projektował nie wiedział co czyni i przez to wszystko podszedłem do książki lekko uprzedzony.
Na szczęście, dla Iranu, dla autora (pisaliśmy do siebie na czacie – bardzo fajny człowiek), dla wydawnictwa i czytelnika, książka jest setki razy lepsza od okładki – jest świetna!
Po 11 podróżach do Iranu, czytając książkę Stephana Ortha miałem wrażenie jakbym odbywał 12 podróż. Podróż do ludzi.
Podróż za zamknięte drzwi i do strefy cienia, w którym ukrywa się ta część rzeczywistości, która nie jest ani prywatna ani publiczna. Jest gdzieś po środku. Właśnie w cieniu. Przechodząc tuż obok w ogóle się jej nie dostrzega, ale patrząc intensywnie w cień, już po chwili wszystko widać jak na dłoni.

Ludzie, którzy goszczą Stephana okazują się nad wyraz otwarci. Jest to poniekąd specyfika ludzi couchsurfingu, ale po gospodarzach w kraju, który jako jedyny zdelegalizował couchsurfing spodziewałem się trochę większej dyskrecji. Jest tu alkohol, jest seks, jest sztuka, jest własne zdanie, są narkotyki, ALE to nie Stephan i nie używki są bohaterem tej książki a właśnie Irańczycy. To oni i ich prywatne życie ich życie w cieniu – na granicy prawa lub daleko po za nią, ale w ukryte w labiryncie sposobów na ucieczkę. Nie jest to ucieczka z kraju w którym żyją i który kochają, ale ucieczka z systemu, który wydaje się jedyną, bo dostrzegalną w tym kraju rzeczywistością.

„Trzydzieści sześć krajów wspierało Irak – oznajmia i wypisuje sobie długopisem liczbę „36”, jak gdyby mógł uwierzyć w to, co mówi, tylko po odpowiedniej wizualizacji. – Niemcy i Holendrzy dostarczali gaz trujący, Rosjanie czołgi, Francuzi odrzutowce, Arabowie pieniądze.”

Podróżując Iranie, co chwilę trafia się na pozostałości wojny z Irakiem. Nie, nie są to ruiny bo te już dawno odbudowano. Po dywanowych nalotach na Teheran czy Esfahan nie pozostał najmniejszy ślad. Po atakach sarinem na Kermanshah pozostał tylko pomnik męczenników. Te pozostałości to ludzie. Ludzie ranni w wojnie, uzależnieni często od heroiny, który tylko dzienni statusowi bohatera nie są ciągani za nałóg po więzieniach (co innego ci, którym im tę heroinę sprzedają) oraz ludzie, których już nie ma. To właśnie ich portrety zdobią mury, to ich imionami nazywa się ulice, place, aquaparki, mosty, terminale promowe i kolejne ulice. W swojej książce, dzięki spotkaniom na jakie pozwala mu couchsurfing, Stephan dotyka i tego.
Są tu także rzeczy poważne. Fragmenty nie tyle „ekscytujące” co łapiące za gardło i każące zastanowić się nad życiem każdego z nas. Zwłaszcza człowieka Zachodu, pewnego swojego zdania o kryzysie emigracyjnym, wojnach na Bliskim Wschodzie itp.
Pełno tu rodzinnych zdjęć. Zdjęć ludzi, którzy, nielegalnie przyjmowali pod swój dach Stephana. Skąd tu się wzięły? Czy Stephan nie boi się o ich bezpieczeństwo?
Okazuje się, że bardzo, że nie wierzy by irańscy urzędnicy dali mu jeszcze kiedykolwiek wizę, że większość imion jest zmienionych, ale nie zdjęcia bo jego gospodarze już się nie boją. Przynajmniej nie ci, których zdjęcia są w książce.

„Shahin to wspaniały facet i cudowny gospodarz – nie mogę mu niczego zarzucić. Jest jednak gospodarzem zaborczym. Wyprawa do tradycyjnej irańskiej wioski z chłopakami z poprzedniego wieczoru, połączona z piknikiem i piciem wódki pod orzechowcami, jest bardzo miła i przyjemna, ale mniej przyjemne jest poczucie, że nie ma się najmniejszego wpływu na planowanie dnia.”
„Persowie, wykazując się tak typową dla nich troską, mają najlepsze intencje. Człowiek czuje się jak gość honorowy, ale taki, którego traktuje się jak czterolatka niezdolnego do załatwienia najprostszej sprawy.”

Wyjazd do Iranu jest pułapką. Kiedyś, taką samą pułapką była podróż do Turcji i Syrii i nigdy nie wiedziałem, która pułapka jest bardziej zdradliwa. Pułapką gościnności, tak często niezrozumiałej dla nas, ludzi Zachodu. Ludzi niezależnych, podróżujących samotnie, którzy będąc panami własnego czasu buntujemy się gdy ktoś, z troski, traktuje nas jak dziecko.

Lubię czytać książki o rzeczach które znam. Lubię dowiedzieć się czegoś nowego lub przeczytać o tym samym, ale z innej perspektywy. Stephan, na samym końcu książki, w jej ostatnim zdaniu podsumowuje Iran w sposób, w który sam mógłbym go podsumować – to kraj który oczarowuje, a zarazem budzi gniew.

Dlaczego akurat te uczucia?
To już musicie sprawdzić sami odwiedzając Iran.

Stephan Orth, Couchsurfing w Iranie. (Nie)codzienne życie Persów, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagielońskiego, Przekład Kamil Markiewicz, Seria : Mundus

Opublikowano:

Iran „rybim okiem”

[english below polish]

Zdjęcia bez ludzi to nie moja bajka, ALE … tak się złożyło, że postanowiłem to raz zmienić i trafiło na Iran i jego sufity.

Pomyślałem, że jeśli mam zrobić zdjęcia inne niż zawsze to co jak co, ale sklepienia bazarów, meczetów i pałaców będą doskonałym powodem by się raz „wyłamać” 😉

Gdyby to kogoś interesowało, to wszystkie zdjęcia zrobione zostały w listopadzie 2017, obiektywem Olympus Zuiko 8mm F1.8.

ps. Jak klikniesz na pierwsze zdjęcie to galeria włączy się w „fullscreen”

***

Taking pictures WITHOUT people is not my thing, but this time I decided to look up and didn’t see many 😉

It was real challange for me to take pictures of architecture, but it WASN’T my first visit to Iran and I knew I be taken them.

All pictures taken with Olympus Zuiko 8mm F1.8

#olympus #olympus_polska #fisheye #iran

Opublikowano:

Tysiąc Szklanek Herbaty 2.0

A może by tak wydać książkę po raz drugi, ale tym razem o 40 stron grubszą, z nowymi fotografiami a nawet nową okładką? Samemu, ale z WASZĄ POMOCĄ?

——-

„Dla kogoś, kto nie podróżuje, świat wydaje się obcy i groźny. Pełen zbrodni. Nic w tym dziwnego, skoro telewizja i prasa karmią nas codziennie obrazami krwi i cierpienia. Skoro opowiadają jedynie o tragediach i przestępstwach. Media wychowały nas tak, że potrafimy zainteresować się tylko złymi informacjami i mało kto interesuje się czymś, co się udało, czymś dobrym, konstruktywnym. Nauczono nas, że dobre wiadomości są nudne i nie warto się nimi interesować. Nie robi się nam od nich gęsia skórka i nie można o nich dyskutować w pracy.
Dla kogoś, kto nie podróżuje, najważniejszym pytaniem jest: „Czy TAM jest bezpiecznie?”.

A ty rozbijasz namiot wśród obcych ludzi i musisz im zwyczajnie zaufać. Bez wiary w ich dobro podróż byłaby koszmarem. Ciągłym, nieustającym lękiem. Oglądaniem sią za siebie. Gdyby nie ta wiara, czy istniałby jakikolwiek powód, by w ogóle wyjechać? By skonfrontować własną wiedzę zaczerpniętą z mediów z prawdziwym obrazem świata? By wejść do obcego człowieka pod jego dach, usiąść z nim przy tym samym stole i zapytać naiwnie samego siebie, niewinnie, jak pyta tylko dziecko: a cóż to za Obcy? Przecież wszystkim nam chodzi o to samo.”

——-

Książka Tysiąc Szklanek Herbaty powstała kilka lat temu, a w 2012 została wydana przez wydawnictwo Bezdroża.

W międzyczasie dostała nagrodę Travelera od miesięcznika National Geographic i … wyprzedała się co do ostatniej sztuki.

Dzięki niej poznałem nie tylko dziesiątki ludzi spotkanych w drodze, ale i tych tutaj, w Polsce, którym książka stała się bliska. Dzięki niej odwiedziłem nawet Michała Nogasia w Trójce i rozmawialiśmy o książce.

***
Minęło 5 lat i od wielu miesięcy niemal codziennie dostaję e-maile z pytaniem „Panie Robercie, gdzie można kupić książkę? Kiedy będzie dodruk?” Ale dodruku nie będzie, bo dodruk niewielkiej ilości książek nie opłaca się wydawnictwu. Nie znam się na ekonomi, ale im wierzę.

I co zrobilibyście w takiej sytuacji, gdy książka jest potrzebna, a nigdzie jej nie ma?

Ja postanowiłem wydać ją sam.
W pełnej wersji (w pierwszym wydaniu z powodów ekonomicznych nie zmieściło się 40 stron), z nowymi zdjęciami i na pięknym, matowym papierze.

Jednak bez Was tego nie zrobię.
Bez Was jej nadal nie będzie, a ja wciąż będę dostawał te e-maile i wysyłał na nie te same odpowiedzi.

Więcej na WWW.TYSIACSZKLANEKHERBATY.PL

***

Wpiera nas magazyn Kontynenty oraz portal Etnosystem.pl

Opublikowano:

Lendż – stare łodzie na wyspie Keszm w Iranie

W stoczni nie było nikogo. Nie było szkutników, nie hałasowała ani piła ani młotki ani nic co dodawało by życia temu miejscu. Tylko pan Ali, który pilnował wysokiej na 2 piętra drabiny, siedział nieruchomo czekając na nas i na opłatę „co łaska” za wpuszczenie nas na łódź.
Miejsce było wymarłe bo ponoć zbankrutowało bo nikt już nie potrzebuje drewnianych łodzi, którymi setki lat temu podróżowano nawet do Indonezji. Metalowe były tańsze. Szybsze.
Drewniane były drogie. Każda lendż  kosztowała nawet 500.000 Euro bo robione były ręcznie. Z drogiego drewna. W dodatku przez Pakistańczyków, którzy wyjechali do domu bo nie było tu dla nich pracy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie jestem typem wodniaka. Raz w życiu, mając 15 lat, pływałem przez kilka dni na Omedze więc żeglowanie i wszystko co do tego podobne mnie nie rusza, ale fascynuje mnie praca człowieka. Ręczna.Rzemieślnicza.

To co stało pod nami, ogromna łódź, która wszystkim przypominała Arkę Noego, przytłaczała swym ogromem. Te belki, te gwoździe, te dłuuuuugie deski, wygładzone ręcznymi heblami zapierały dech w piersi.

Niemal słyszałem uderzające o nią fale i wiedziałem, że walka z żywiołem, falami, sztormem i prądami to nie mój świat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERACo innego pan Ali.
On był moim światem.
Jego twarz, przekrwione oczy i głębokie zmarszczki.
Tak, to był mój świat.

 

 

 

 

 

 

[Lenj – Qehsm Island, Iran]

Opublikowano:

Trelleborgen czyli warownia Wikingów w Skani

Warownia Trelleborgen powstała „na nowo”, gdy 1980 roku, w miejscu starej cegielni miało powstać osiedle mieszkaniowe.
Nagle, w miękkiej ziemi, odkryto doły po „trelleborg” czyli specjalnie ustawionych palach. (od rodzaju warowni nazwę przejęło dzisiejsze miasto)
Dziś warownie leży w samym sercu osiedla co dodaje wszystkiemu smaczku, patrząc na mury otoczone blokami mieszkalnymi.

Dziś to bardzo fajne miejsce prowadzone przez strasznie pozytywnych ludzi.

 

Opublikowano:

Kamila Kielar opowiada o Pacific Crest Trail

Ostatniego dnia marca tego roku miałem okazję porozmawiać z Kamilą Kielar o jej (wtedy) najbliższej podróży czyli o Pacific Crest Trail, o blogowaniu, o ambicji i kilku innych „drobiazgach”.

Dziś Kamila jest już od DWÓCH miesięcy w drodze więc jeśli ktoś się za nią stęsknił to zapraszam do odsłuchania tego półgodzinnego wywiadu.